Kobieta z wydm – recenzja Jarosław Kowal

Zawarcie w tańcu treści literackiej to trudne zadanie, wymagające doskonałej świadomości własnego ciała i całkowitej nad nim kontroli. W „Kobiecie z wydm” w wykonaniu teatru LipZezRew tekst Abe Kōbō jest tematem wyjściowym do autorskiej opowieści o trudnej relacji między mężczyzną a kobietą.

 

Z jednej z najbardziej cenionych japońskich powieści wycięty został motyw zniewolenia, wykreślono mieszkańców wsi terroryzujących przybysza, wyeksponowana została natomiast skomplikowana miłość między znajdującym się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze entomologiem-amatorem a bezimienną kobietą. Przez cały, niespełna godzinny spektakl wypowiedziany zostaje jedynie krótki fragment z samej końcówki oryginału: „Dlatego człowiek obgryza paznokcie – nie znajdując zadowolenia w samym biciu serca. Pali papierosy, gdyż nie umie zadowolić się rytmem własnego umysłu, drżą mu nerwowo kolana, bo nie znajduje zadowolenia w akcie płciowym. Oddech, chodzenie, perystaltyka jelit, stały rozkład zajęć, niedziele co siedem dni, egzaminy pod koniec semestru, powtarzające się co cztery miesiące, wcale nie przynosiły mu zaspokojenia, przeciwnie – pobudzały do ciągłego powtarzania tych samych czynności”. Za pomocą tak dobranej treści namalowany został obraz o wymiarze przede wszystkim egzystencjalnym, zawieszony w pozaczasowej przestrzeni, gdzie akcja nie musi być ani wartka, ani nawet chronologiczna.

 

Zarówno Niki Junpei, jak i bohaterka tytułowa, są tutaj obecni w dwóch osobach. Tego pierwszego odgrywa w przeważającej mierze Tomasz Lipski, tylko w jednej scenie zmienia go wrażliwsze oblicze Nikiego – Robert Połyń (przez większość występu zwrócony tyłem do widowni, wystukujący monotonny rytm na drewnianych cymbałkach). W kobiecej roli występują – najczęściej jednocześnie – Bożena Zezula oraz Danuta Markisz. Nie łatwo doszukać się tak wyraźnej różnicy charakterów w ich rozdwojonej jaźni, ale podwójna osobowości sprawia, że trudność obnażanego związku staje się jeszcze ostrzejsza, popadająca od skrajności w skrajność. Nie sposób porównać „scenariusz” występu ze słowami spisanymi przez Kōbō. W tym wypadku kolejność nie ma znaczenia, nawet całkowicie poprzewracana nadal miałaby ten sam zagmatwany sens rodzącej się w bólach miłości.

 

Wykonanie ciekawego pomysłu na dokładnie 50-letni tekst miało słabsze chwile: pod koniec spektaklu (relacjonuję niedzielny występ, zdjęcia natomiast pochodzą z przedostatniej próby) o ułamek sekundy rozchodziły się – w zamiarze synchroniczne – ruchy Bożeny i Danuty, a wcześniej zabrakło odrobiny precyzji przy scenie „wchodzenia” Nikiego między ramiona partnerki. Wszystko to można jednak zrzucić na barki tremy związanej z premierowym wykonaniem, z delikatnym przymrużeniem oczu odbiór wydarzenia przebiegał bez zakłóceń. Wprawdzie dialogi ciał nie pobudzały emocji porównywalnych do tych, z niedawno relacjonowanych spektakli buoth, spowolnione tempo nie podnosiło napięcia, a zakończenie nie prowokowało do refleksji, lecz nie można „Kobiecie z wydm” teatru LipZezRew odmówić plastyczności i zmysłowości. W tym wypadku, może zamiast odgadywać ukryte znaczenia jak z testu Rorschacha, lepiej skupić się na czysto wizualnej przyjemności.

 

Jarosław Kowal

GdańskTowan.pl

 

link do  źródła- tu