Czerwona Trawa – recenzje

Czerwona trawa

 

Gorzkie czereśnie

Alicja Olkowska, Teatralia.com.pl / Trójmiasto, 5.08.2009

Najnowsze taneczne dziecko Teatru Dada von Bzdülöw opowiada o relacjach damsko-męskich. Wydawać by się mogło, że są one mocno skomplikowane, że trudno zrozumieć kobiety i mężczyzn, że między płciami zachodzą subtelnie niuanse, które utrudniają zrozumienie zaangażowanych stron. Okazuje się, że relacje te są niezwykle proste, a wręcz łatwo przewidywalne, gdyż gra między kochankami jest zawsze taka sama – zdeterminowana przez biologizm.

Zaczyna się niewinnie. Ot, zwykła dyskoteka wystylizowana na mariaż „Gorączki sobotniej nocy” i „Bille Jean” Jacksona. Na podświetlonym parkiecie prowadzą taneczny flirt dwie pary: dwóch mężczyzn i dwie kobiety. Tańczą, uśmiechają się do siebie, patrzą na siebie tak, że wiadomo, do czego każdy ich krok zmierza. Udało się! Mężczyźni rzucili urokliwą przynętę, a kobiety ją połknęły wraz z lubieżnie konsumowanymi w międzyczasie czereśniami, symbolem nasączonym erotyzmem bardziej niż babciny tort likierem. Między parami ogarniętymi miłosną chemią porusza się jeszcze jedna osoba – młoda dziewczyna, obrośnięty meszkiem podlotek, nawet jeszcze nie lolitka. Jej ruch jest chaotyczny, koślawy, niesprecyzowany i śmieszny. Nie pasuje do towarzystwa wzajemnej adoracji, zwinnie i lekko pląsającego po wypucowanej podłodze. Między graczami zaiskrzyło. Będzie ciąg dalszy, do którego kobiety i mężczyźni przygotowują się w zupełnie inny sposób, zdradzając tym samym nastawienie do płci przeciwnej.

Podczas gdy kobiety zrzucają z siebie zwiewne sukienki i wystawiają klatki piersiowe w stronę słońca, mężczyźni pozbywają się marynarek z podwiniętymi rękawami i wskakują w pomarańczowe kombinezony, które można zobaczyć na panach wylewających asfalt. Zaczyna się walka. Z materiałem, z powietrzem, z temperaturą. Z czymkolwiek. Ważne, że się walczy i zdobywa. Bez znaczenia, czy są to kolejne etapy pracy czy kobiety. Cel jest zawsze taki sam. Zdobywać i iść dalej po nowe wyzwania. Widać wyraźnie, że w tej teatralnej konstelacji mężczyzna jest stroną aktywną, a kobieta pasywną, choć przejawiającą czasem odrobinę aktywności, ale jedynie w sferze seksualnej, polegającej na kuszeniu i lubieżnym spożywaniu czereśni.

Jednakże mężczyzna uosabia nie tylko seks i pogoń za zdobyczą, lecz również zabawę. Przeniesienie akcji spektaklu między siedzenia widowni zjednało publiczność i zagwarantowało jej przychylność wobec aktorów. Czego tam nie było! Były żarty, przepychanki, strzelanie z długopisów, ocieranie spoconych twarzy chusteczkami przez dobrotliwe fanki sztuki teatralnej. Spektakl przeniósł się na widownię, ponieważ na scenie zajmowanej przez kobiety nie działo się nic. W końcu to one są bierną stroną prażącą się na słońcu jak nieruchoma jaszczurka.

Ale mężczyźni nudzą się szybko zabawą i wracają do kobiet. Dochodzi do zbliżenia między nimi. Bez poważnego zaangażowania oczywiście, ale z kobiecą nadzieją, że może będzie z tego flirtu coś więcej. Kobiety się oddają, mężczyźni biorą. A rano, po upojnej nocy odchodzą. Do swoich odblaskowych kombinezonów, przepychanek i żartów. Natomiast kobiety – rozczarowane i osamotnione – wydają z siebie przeraźliwy pisk. Nie krzyk. Pisk, który mieści w sobie wszystkie niespełnione nadzieje, oszukane marzenia i puste poranki. Ale nie warto się załamywać, przecież będą kolejne dyskoteki i kolejni adoratorzy. Może oni zostaną na dłużej… A ty młoda ucz się kobiecości. Jedz czereśnie. Będziesz następna.

Spektakl poruszył publiczność swoją żywiołowością, lekkim podejściem do spraw przykrych i oczywistych. Chwilami rozśmieszał, bo parodiował nas samych, czasem smucił, bo pokazywał, jacy jesteśmy i w jaki sposób nasze pragnienia pękają jak bańki mydlane. Warto także docenić muzykę stworzoną przez Mikołaja Trzaskę, która perfekcyjnie komponowała się z wydarzeniami na scenie. Widownia oklaskiwała aktorów kilkakrotnie. Zasłużenie.

 

Wybrzeże Sztuki pełne sztuki z importu

Łukasz Rudziński, Trójmiasto.pl 13.07.2009

„Czerwona trawa” Teatru Dada von Bzdülöw to trzecia próba zmierzenia się z prozą Borisa Viana, duchowego patrona tego teatru. Tancerze Dady tańcząc w charakterystycznej dla teatru scenerii – naświetlenie scen kolorowymi światłem, obecność nietypowych rekwizytów (tym razem były to podłużne zielone termofory wypełnione wodą i fryzjerskie suszarki na stojaku), świetna pulsacyjna muzyka (Mikołaj Trzaska) – przenieśli motywy z twórczości Viana na język tańca. I właśnie różnorodny taniec pięciu tancerzy (oprócz Bzdyla i Chmielewskiej to Radek Hewelt, Ula Zerek i Tatiana Kamieniecka) – pozwala nazwać ten spektakl jednym z najciekawszych wydarzeń festiwalu Wybrzeża Sztuki.

Intrygujące wykonanie (połączenie różnych sekwencji tanecznych, solowych i w duetach) i taniec umiejętnie wkomponowanej do teatru Leszka Bzdyla debiutantki, Tatiany Kamienieckiej, dało efekt w postaci ciekawego, bliskiego prozie Viana spektaklu, pełnego zaskakujących zwrotów akcji i nowatorskiego potraktowania tematów miłości, młodości, życia, czy śmierci.

 

Artystyczne trójmiasto górą

Mirosław Baran, Gazeta Wyborcza Trójmiasto, 13.07.2009

Jest to spektakl – w pozytywnym tego słowa znaczeniu – bezpretensjonalny, z nieśpiesznie następującymi po sobie wydarzeniami, przepełniony radosną erotyką. W „Czerwonej trawie” silnie obecna jest typowa dla Dady ironia. Nie przybiera ona jednak ostrego – jak choćby w „Opus pessimum” charakteru – jest raczej spojrzeniem z przymrużeniem oka na siebie samych, czy na teatralną relację aktor-widz (fenomenalna scena, gdy dwóch aktorów – Leszek Bzdyl i Radek Hewelt – wchodzą pomiędzy widzów, a Katarzyna Chmielewska i Ula Zerek tańczą na scenie wspólny układ). Prawdziwym odkryciem „Czerwonej trawy” jest Zerek, uzdolniona tancerka, która od paru lat konsekwentnie rozwija swoje umiejętności. W nowym przedstawieniu Dady nie odstawała od bardziej doświadczonych tancerzy: Chmielewskiej, Bzdyla czy Hewelta. Udanie także zadebiutowała na profesjonalnej scenie Tatiana Kamienicka. Ważny element przedstawienia stanowiła doskonała, momentami sentymentalnie „trącąca myszką” muzyka Mikołaja Trzaski, udanie przeplatająca motywy jazzowe z wpadającą w ucho elektroniką.

 

Wielka subtelność

Kamila Golik, Dziennik Teatralny, 15 lipca 2009

Przekład powieści na język teatralny to duży wyczyn, dodatkowe utrudnienie to przeniesienie jej do świata teatru tańca, gdzie wszystkie treści muszą zostać przekazane za pomocą ciała. Najnowsza premiera Teatru Dada von Bzdülöw odbywająca się w ramach Festiwalu Wybrzeże Sztuki pokazała, w jak piękny sposób można przekazać treści za pomocą ruchów i gry ciałem.

Przestrzeń gdańskiej „Malarni”, na której odbywała się premiera, dała aktorom duże możliwości do ukazania tanecznego kunsztu. Pięciu bohaterów poruszało się po niemalże ogołoconej scenie, prezentując za pomocą mowy ciała relacje łączące ludzi oraz możliwość spojrzenia w głąb siebie, wejścia do swojej świadomości, odkrywania słabości i własnych ułomności. „Czerwona trawa” to nie tylko piękno ruchów ludzkiego ciała, ale także spojrzenie na cielesność jako więzienie, z którego tak trudno się wydostać. Na szczęście zawsze znajduje się ktoś, kto jest w stanie podać pomocną dłoń i pokazać, jak piękne może być obcowanie z drugim człowiekiem.

Bliskość z tancerzami mogli poczuć również widzowie przedstawienia. W trakcie sztuki aktorzy próbowali znaleźć miejsce dla siebie wśród widowni, wejść z nią w interakcje, zatopić się między krzesłami w poszukiwaniu niezbędnych rekwizytów. W tym czasie na scenie niesamowity pokaz tańca synchronicznego dawały panie – Katarzyna Chmielewska oraz Ula Zerek. Ich niesamowicie lekkie i subtelne ruchy sprawiały, że trudno było oderwać się od magii bijącej ze sceny.

Jak na teatr taneczny przystało nie mogło zabraknąć muzyki. Zaprezentowane kompozycje świetnie wpisały się w klimat świata piątki postaci. Jazzowo-elektroniczne brzmienia nie były nachalne, nie wybijały się na pierwszy plan, raczej dookreślały bohaterów i specyfikę ich nacechowanego lekką ironią świata.

Była świetna muzyka, ciekawy zamysł reżyserski, piękno ruchów ciała oraz doskonała choreografia, czyli wszystko to, czego sztuki taneczne potrzebują. Lepiej o stosunkach międzyludzkich ze szczyptą subtelnego erotyzmu mówić się nie da.

źródło