Wywiad z Krzysztofem Leonem Dziemaszkiewiczem

 

– Twój rodowód tancerza ma swoje korzenie w Teatrze Ekspresji, czy sposób pracy nad spektaklami w Teatrze Patrz Mi Na Usta jest podobny do metod jakie stosował Wojciech Misiuro?

Leon Dziemaszkiewicz:

Bardzo dobrze wspominam pracę z Wojtkiem, jednak tam było bardzo duże ciśnienie. Siedzieliśmy po kilka godzin na scenie i o ile na początku praca była bardzo intensywna, po jakimś czasie wszystko się zmieniło. Wojtek musiał walczyć o byt zespołu, odszedł od artyzmu i teatr stał się bardziej szefem instytucji. Zabrakło tam współtworzenia, to bardzo zaczęło zżerać zespół, który w pewnym momencie stał się po prostu grupą przyjaciół chodzących do SPATiF-u. Jednocześnie każdy wymagał od Teatru Ekspresji arcydzieł. Wszystko to razem zaczęło mocno przygniatać. Jestem praktykującym buddystą ZEN, znajduję siebie samego i wiem, co jest dla mnie istotne. Chcę nie obrażając nikogo, uwzględniając zdanie innych współtworzyć spektakl, jednocześnie zachowując to co jako twórca chcę pokazać. Praca nad spektaklami w moim teatrze wygląda więc zupełnie inaczej, niż w Ekspresji. Często wiem, że dwa rozwiązania sceniczne są dobre, nie ma dla mnie na tym polu konfliktu. Każdy ma po prostu swoją wizję twórczą. Jeśli jednak ty jesteś kreatorem teatru, to chcesz by to było twoje przedstawienie. Ty ponosisz za nie odpowiedzialność, więc w finale idziesz w stronę własnych rozwiązań. Właściwie trudno mówić o zespole Patrz Mi Na Usta, bo ludzie, którzy ze mną pracują grają również z innymi. Wykorzystuję potencjał aktora, tancerza, słucham, patrzę i wybieram różne rozwiązania, ale będąc reżyserem nie zapominam, że robię swój spektakl.

Alicja:

Czy na początku pracy nad spektaklem dzielisz się z aktorami swoją wizją reżyserską, czy masz już z góry ustalone jak ma wyglądać ruch sceniczny, dramaturgia?

Leon:

Nie ma dyskusji o ruchu, od samego początku jest praca i nie ma konkretnej wizji jak coś do końca ma wyglądać. Oczywiście, czasem jest tak, że wymyślę daną scenę i chcę żeby tak to wyglądało, ale podczas prób obserwuję rzeczywistość na scenie, biorę pod uwagę różne ciekawe rozwiązania, predyspozycje tancerzy. Czasem właśnie ich ruch, jest punktem wyjścia do tworzenia całej sekwencji. To różnie bywa staram się być otwarty, nie chcę ślepo dążyć tylko do wizji którą gdzieś tam mam w głowie. Pewnie, że szkielet istnieje od początku, bo trudno jest zacząć spektakl od zera. Mam pewne wyobrażenia scen, ale ich kształt w finale może być zupełnie inny. Gdy robiliśmy z Anią Steller ,,Cafe Domino Zaprasza”, Ania przychodziła na próby, ustawialiśmy próbę pantomimiczną i potem to już się tak spontanicznie zaczęło rozwijać. Bardzo miła praca, pełna niespodzianek. Nie mam nigdy jakiejś wizji całości, często mam jakieś pojedyncze wyobrażenie. Budujemy spektakle, na zasadzie kolażu. Jedna scena może mieć mało wspólnego z inną, potem to łączymy, czasem jakaś improwizacja pociąga za sobą kolejną, bywa to bardzo różnie. Pojawienie się ciągów fabularnych jest przypadkowe. W ten sposób sami odkrywamy spektakl w momencie jego tworzenia to bardzo rozwija mnie jako człowieka, takie ciągłe zaskakiwanie, również siebie samego. Zupełnie inaczej niż w Ekspresji, teraz czuję, że moja świadomość wzrasta.

Alicja:

Uważasz, że dopiero w momencie, gdy opuściłeś Teatr Ekspresji rozwinąłeś się jako artysta?

Leon:

Trudno w ogóle mówić o rozwoju osobowości wówczas, bo moja świadomość była na bardzo nikłym poziomie. Było to raczej megalomańskie rozwijanie własnego Ego. Wszystko było oparte na Ego. Również z tego względu była to ślepa uliczka. Bardzo mocno rozwinąłem się pod względem umiejętności fizycznych. Rozwój osobowości nawet jeśli nastąpił, był poza moją świadomością, on następował przez doświadczenie, bo sytuacje były rzeczywiste. Odszedłem.

Alicja:

Czy opuszczając Teatr Ekspresji miałeś już jasną wizję własnego zespołu?

Leon:

Nie. Długo nie mogłem się otrząsnąć z tego, że nie jestem w żadnej grupie. Udało mi się załatwić salkę na Brzeźnie, gdzie z grupą trzech, czterech osób staraliśmy się tworzyć. Zrobiliśmy jeden pokaz na BUT w Kościele Św. Jana, potem zagraliśmy na wystawie w Sfinksie. No ale znajomi zadzwonili z Berlina, że jest jakiś konkurs do spektaklu. Pojechałem, nie znałem zbyt dobrze niemieckiego i na przesłuchaniu źle zrozumiałem polecenie i zamiast chodzić, zacząłem biec jak szalony. Spodobało się jury i dostałem rolę. Spektakl który stworzyliśmy nie był rewelacyjny, nie zostałem w zespole, zostałem za to w Berlinie. Bardzo dużo wówczas pozowałem jako akt model. Po jakimś czasie zadzwoniłem do dziewczyny z którą robiliśmy ostatni spektakl i zaproponowałem, żebyśmy zrobili coś swojego. Zgodziła się. Tworzyliśmy tandem, jeździliśmy z naszymi spektaklami na festiwale, ale ciągle miałem wrażenie, że muszę się podkładać, brakowało mi spełnienia twórczego. Artyści niemieccy czasem maja coś takiego, że wyczuwa się brak całkowitej otwartości i szczerości. Jakby się czegoś bali. Tak jakby asekuracyjne dopasowywali się do utartego już nurtu, ukrywając swoje emocje. Wymagano tego i ode mnie. Bardzo mnie to męczyło. Wówczas poznałem mojego przyjaciela i zaczął się okres ,,złotej klatki”. Nic nie musiałem robić, całkowicie się rozlazłem. Po jakimś czasie uświadomiłem sobie, że żyję w pustce, dopadła mnie konieczność tworzenia. Postanowiłem coś z tym zrobić. Razem z dwójką Polaków zrobiliśmy w Klubie Polskich Nieudaczników w Berlinie, Narodową Drug Queen. Po pewnym czasie postanowiłem wrócić do Polski i chciałem tu zacząć tworzyć. Niestety wówczas zachorowałem. Jak jest się na granicy śmierci człowiek bardzo wiele rzeczy sobie uświadamia. Szczególnie mocno zdaje sobie sprawę z tego jak często pozwalał by czas mu uciekał przez palce, zupełnie nieproduktywnie. Podczas walki z chorobą poddałem się terapii ,,Umysł w walce z chorobą”, to był moment który bardzo mnie zmienił. Wygrałem walkę z rakiem. To był imperatyw, że muszę zacząć coś robić twórczego. Po zakończeniu leczenia, wróciłem do Trójmiasta i zrobiłem Cafe Domino. Zazwyczaj do współpracy zapraszam osoby, które znam: Bożenę Eltermann, Marka Kakareko, Anie Steller, Bożenę Zezulę, Milenę Czernik, ludzi z którymi wiem, że umiemy razem coś stworzyć. Najpierw widzę człowieka, dopiero później pojawia się postać a następnie cała jego historia. Ludzie, którzy ze mną pracują wiedzą, że pracuję bardzo naturalnie i tego wymagam od współtwórców. Nie wyobrażam sobie fałszu na scenie. Podczas prób, gdy czegoś nie wiem , przyznaję się do tego i cennym jest, że otaczają mnie ludzie którzy to potrafią zrozumieć.

Alicja:

Wielu twórców krępowałoby się przyznać do niewiedzy. Istnieją dla nich hamulce w postaci ,,poprawności” spektaklu, mało twórców szokuje w sposób tak bezpośredni jak Ty, czy jest to swoista strategia twórcza, czy właśnie jej brak?

Leon:

Jestem bardzo spontaniczny i prawdziwy w tym co robię. Zasada dla mnie nie istnieje, bo przecież jeśli zmienia się sytuacja to zmieniają się też zasady. Ludzie za wszelką cenę starają się trzymać sztucznie wpojonych zasad i robią coś w imię idei, może robią to trochę ze strachu. Nie chodzi o to by zmieniać się w trzonie swej osobowości, ale należy uznać że postępowanie jak również i sposób tworzenia ewoluują. Najistotniejsze jest być szczerym. Jeśli kogoś coś szokuje, to dobrze, to znaczy że i on jest szczery w odbiorze. Nie ma u mnie jednolitej estetyki. Zamiast tego jest eklektyzm form, swoboda w łączeniu materii scenicznej. Staram się tak budować swą sztukę, by jak najbardziej poruszała widza. Czasem powstają spektakle, czasem performance, show; jest zabawa. Bardzo chciałbym wyzwolić ludzi od strachu przed nimi samymi.

Alicja:

Na tle innych teatrów w Polsce, jesteś bardzo charakterystyczny, często posługujesz się specyficznymi postaciami i rekwizytami: świnie, ptaki, siekiera, zawsze się przebierasz, to co pokazujesz na scenie stanowi dla widza absolutne zaskoczenie. Czy zaskakiwanie jest podstawowym celem Twojej sztuki?

Leon:

Tak,  uwielbiam ,,wytrącać” ludzi ze stanu równowagi, ale w pozytywny sposób. W swoich spektaklach często używam takich kostiumów jak misie polarne, łabędzie, świnie. Jest pozytywnie. W pewnym momencie widzimy balet trzech świń, następnie one znikają, po jakimś czasie świnia znów się pojawia w innym ,,nastroju”, wówczas okazuje się, że zaczyna nabierać własnego charakteru, ukazuje wielowarstwowość świni. Często te same postacie i rekwizyty pojawiają się w kolejnych spektaklach. To trochę na takiej zasadzie jak rekwizyty u Kantora, które same w sobie nosiły historię warstwową, z wielu spektakli. Te powtórki wynikają ze mnie, są pewnym środkiem komunikacji, który jest we mnie, są transpozycją mojego nastroju, gdy siła przekazu w nich zawarta się wyczerpie wówczas z nich rezygnuję.

Alicja:

Czy obecnie myślisz o jakiejś nowej produkcji?

Leon:

Obecnie chciałbym zrobić zupełnie nowy spektakl, myślę o czymś w rodzaju bajkowego świata do muzyki Czajkowskiego. W miarę konsekwentnie chciałbym ukazać eteryczność świata: las, elfy, jakieś zjawy. Czasem myślę też o kubistycznej realizacji, gdzie głównymi elementami scenografii byłyby ogromne bryły, dziwne postacie, rodem z obrazów Picassa. Mierziłoby mnie ograniczanie się jedynie do samego tańca współczesnego, chciałbym zawsze mieć swobodę w doborze środków.

Alicja:

Aby być zawsze szczerym w tym co się robi, bez przywiązania do danej estetyki, trzeba mieć w sobie dużo odwagi i siły, bo ciągle jest się w czymś zupełnie nowym, to może czasami zmęczyć. Czy nie masz czasami ochoty na chwilę przestać zaskakiwać?

Leon:

Mnie właśnie to kręci. Zrozumiałem to również dzięki mojej praktyce buddyjskiej, że rozwój jest możliwy jedynie przez zmiany, wówczas ciągle szukasz, cały czas odkrywasz siebie na nowo. Nie tylko widz jest zaskakiwany, ja też się często dziwię co takiego wyszło w danym spektaklu, ciekawi mnie jak się coś rozwinie, to mnie także zaskakuje.

Alicja:

Czasami twoje spektakle są jakby stworzone do określonej przestrzeni, która ją silnie determinuje. W jaki sposób dobierasz obszar w którym realizowany będzie spektakl?

Leon:

Jeśli chodzi o przestrzeń to nie tyle ja ją wybieram, co ją adaptuję. Nie każdy spektakl jest nierozerwalnie złączony z określoną przestrzenią. Rzeczywiście, taka sytuacja czasem się pojawia, ale na przykład ,,Różana Góra” może być grana w bardzo różnych miejscach. Faktycznie przy zmianie przestrzeni następuje też wyraźna zmiana w odbiorze, ale to także jest ciekawe.

Alicja:

Widz jest dla Ciebie bardzo istotny, właściwie całe działanie spektaklu jest w niego wymierzone. Jest to rodzaj współistnienia z publicznością, w którym często doprowadzasz do zachwiania fikcji teatralnej. Czy tak bezpośrednia interaktywność z widzem jest Ci niezbędna, czy to jest ten główny element który daje Ci energię?

Leon:

Bardzo interesuje mnie interaktywność między sceną a widownia. Każdy widz mnie interesuje. Reżyserzy prawie zawsze prowadzą określoną linię dramaturgiczną, której trzonem jest jakaś historia. Ja pobudzam, dając wolność interpretacji. Puszczam widza; nie chcę wskazywać mu , co się ma po kolei zdarzać. Czasem w spektaklu robię coś takiego, że widz nie wie czy to jest część przedstawienia czy nie. W ,,Narodowa Drug Queen” jest taki moment w którym gramy, potem Bożena Eltermann odpycha mnie a ja na nią się oburzam. Widz jest skonsternowany ale już za moment znów gramy.Nie daję widzowi szansy na analizę, chcę by to coś go wiodło, nie chcę by działało tu racjonalne wytłumaczenie. Można wówczas zaobserwować bardzo ciekawe reakcje i rzeczywiście widz w tym momencie, gdy włącza się w pełen odbiór, pomaga nam iść dalej. To naprawdę fascynujące.

Alicja:

Starasz się doprowadzić w tych momentach do stanów granicznych w świadomości odbiorców, którzy zupełnie tracą poczucie bezpieczeństwa, stojąc na rozdrożu dwóch rzeczywistości: realnej i odrealnionej. Właściwie może jest to jakaś trzecia jakość, jak Ty to odbierasz?

Leon:

Tak to jest właśnie stan aktywnej kreacji między nami i widownia, oczywiście wszystkie performance są w pewien sposób ustawione, wyreżyserowane, ale ten element zaskoczenia jest zupełnie magiczny. Publiczność też chętnie się w to angażuje. Staram się wszystko robić w granicach szacunku do widza, tak żeby nie zrobić mu krzywdy.

Alicja:

Fascynuje Ciebie kontakt z ludźmi, chętnie do nich wychodzisz, a jaki jest Twój stosunek do warsztatów, do tego by uczyć?

Leon:

Rzeczywiście czasami prowadzę zajęcia w studiu Grawitacja w Stoczni, ale muszę przyznać że zupełnie brak mi w tym konsekwencji, warsztaty jako krótki etap prowadzonych zajęć odpowiadają mi dużo bardziej, szkoła to chyba już nie dla mnie, bo trzeba mieć dużo bardziej ustabilizowane życie.

Alicja:

Czy pociąga Cię praca z nowymi zupełnie nieznanymi choreografami?

Leon:

Tak zupełnie nieznanymi to chyba nie. Oczywiście chętnie bym ich poznał ale nie w sytuacji w której mielibyśmy skupić się na wyprodukowaniu nowego spektaklu. Mógłbym jedynie oddać się komuś jako tancerz, w zupełnie jasnej sytuacji mojej ,,pasywności” reżyserskiej. Mam bardzo silna osobowość i to wymagałoby ode mnie bardzo dużego wysiłku, w pewnym sensie wyrzeczenia się siebie.

Mógłbym natomiast bardzo chętnie pracować z artystami z innych dziedzin sztuki, na przykład z malarzem, który robiłby mi scenografię, albo z muzykami, ale właściwie to wszystko zależy od tego jacy są ludzie a nie kim są. Dla mnie, również w teatrze, najważniejszy jest człowiek.

 

Wywiad z Krzysztofem Leonem Dziemaszkiewiczem, 2009-11-06

 

Z Krzysztofem Dziemaszkiewiczem, rozmawia Alicja Mańkowska.