Trzy premiery, Tadeusz Skutnik

Trzy premiery. Gotowa, rozwojowa i u Leona

 

„Tak” Joanny Czajkowskiej, „Bio-obiekt. Intro” Jacka Krawczyka Teatru Okazjonalnego na Scenie Off de Bicz w Sopocie oraz „Belladonna” Krzysztofa Leona Dziemaszkiewicza Teatru Patrz Mi na Usta. Pisze Tadeusz Skutnik w Polsce Dzienniku Bałtyckim.

«Dwie premiery grudniowe w Teatrze Okazjonalnym. Jedna gotowa, druga – jak usłyszałem – rozwojowa. Gotowa to „Tak” Czajkowskiej, doskonale zagrane studium poniżenia starej kobiety. Chyba najlepsza jak dotychczas jej dramatyczna rola.

Joanna Czajkowska powołuje się na inspiracje japońskie (Yoko Ono) i rzeczywiście coś japońskiego w stroju i muzyce (bardzo ważne imitacje: Rafał Kowal) jest.

Trzy kolejne obrazy to trzy wymuszenia na kobiecie, starej czy niestarej (tu raczej starej, bo „próchno się z niej sypie”), odegrania niechcianej roli. Raz – dosłownego zamiatania włosami podłogi, drugi – rewiowej tancerki. To wszystko przychodzi z zewnątrz, w postaci zrozumiałych, dla niej, a niekoniecznie dla widzów, poleceń. Spełnia je mimo wyraźnego wewnętrznego buntu. A za końcowy palec na ustach i „csiii” nie należy o tym mówić feministki powinny panią Joannę nosić na rękach.

Jacek Krawczyk natomiast przyznaje się do zachwytu sztuką Tadeusza Kantora i swój „Bio-obiekt” umieszcza w korowodzie kantoroidów. Jego rzecz tak jest odległa od sztuki Kantora, że tworzy zupełnie odrębną jakość.

Powstaje tylko pytanie: jaką jakość na dziś, skoro obraz ma być rozbudowany, m.in. o postaci Infantki schodzącej z obrazu Velasqueza i Panny Młodej (z „Wesela”?). Taki obraz musi chyba radykalnie zmienić wymowę: obecne wzajemne oddziaływanie człowieka i pałuby zdaje się pójdzie w kąt. No, ale to w końcu nie nasze zmartwienie.

Trzecia grudniowa – u Krzysztofa Leona Dziemaszkiewicza [na zdjęciu] w Teatrze Patrz Mi na Usta. Widziałem subtelniejsze spektakle tej trupy. Ten schodzi na najniższy poziom – instynktów. Mówię o najnowszym: „Belladonna”.

Tańca nie ma tu prawie wcale. Artyści korzystają z prawa niedopowiedzenia. A nawet kłamania. Przedstawiona przez nich wizja może jednak być wbrew nim odczytana. Co tedy robią? Pokornie czekają. Jak odczytywana może być „Belladonna”?

Pewne nic tu nie jest, nawet sama Belladonna, która prawdopodobnie pojawia się w spektaklu jako Piękna Pani. Jak trzeba nadaje mu rytm, śpiewa, intonuje. Belladonna to też jednak trucizna (wilcza jagoda).

Jeśli ona ma być domniemaną rodzicielką Czarnej Pantery, przemierzającej raz po raz scenę, jeśli spektakl ma być przestrogą przed drzemiącym w każdym z nas ciemnym potworem, to trzeba stwierdzić, że właśnie pantera jest w spektaklu najsympatyczniejszą osobą w grze.

I jeśli ona wyprowadza całe to porykujące i pobekujące towarzystwo ze sceny, mówimy: słusznie. Nareszcie. Tak. Bo ona ma jakieś ludzkie pojęcie, a ta czereda nic tylko prymitywne, zwierzęce instynkty.

Powtórzę: widziałem subtelniejsze spektakle „u Leona”

 

Tadeusz Skutnik

Polska Dziennik Bałtycki nr 295

18-12-2007