Trójmiejska scena tańca, Mirosław Baran

Mirosław Baran, Gazeta Wyborcza – Trójmiasto nr 243.

18 października 2007

 

Trójmiejska scena tańca – powinno być dużo lepiej

Współczesny teatr tańca – pomimo licznych sukcesów – ciągle jest niedoceniany przez lokalnych urzędników. Bez ich konsekwentnej pomocy to najważniejsze trójmiejskie zjawisko artystyczne ostatnich lat może przestać istnieć. A na pewno nie będzie się rozwijać

Teatr Dada von Bzdülöw, Okazjonalny, Good Girl Killer, Kino Variatino, Cynada, Patrz Mi Na Usta, Amareya – przynajmniej parę z tych grup i projektów tańca współczesnego funkcjonujących w Trójmieście ciszy się sławą przynajmniej ogólnokrajową. Poza tym w Gdańsku mieszka paru artystów, biorących udział w różnych projektach; na przykład Przemysław Grządziela, współpracujący z Polskim Teatrem Tańca z Poznania czy Filip Szatarski, tańczący w Dada von Bzdülöw, w duecie z Austriaczką Julią Mach oraz solo. Tancerze ci przygotowali przez ponad dziesięć lat w sumie kilkadziesiąt nowych spektakli, wiele z nich stoi na niezwykle wysokim poziomie artystycznym.

Jest dobrze

Kilka z lokalnych formacji tańca wreszcie – jako efekt wieloletniej, konsekwentnej pracy – zaczyna odnosić ogromne sukcesy. I to bynajmniej nie tylko w Trójmieście czy Polsce. Teatr Dada von Bzdülöw konsekwentnie gra za granicą: ma za sobą już występy w ponad 20 krajach trzech kontynentów, w zeszłym roku z powodzeniem występował w La MaMa Theatre w Nowym Jorku – najważniejszej scenie niezależnej w tym mieście – przez ostatnie miesiące przygotowywał spektakl będący polsko-amerykańską koprodukcją w Filadelfii, zaraz po piątkowym występie na Gdańskiej Korporacji Tańca artyści wylatują do Izraela na Tel-Aviv Dance Festival. Do tego dochodzą tegoroczne nagrody dla Leszka Bzdyla, założyciela i lidera artystycznego Dady: Maiden International Theatre Award 2007, nagroda teatralna marszałka województwa pomorskiego za rok 2006 oraz Sztorm Roku 2006 – czyli nagroda czytelników „Gazety Wyborczej Trójmiasto”. Intensywnie za granicą gra Teatr Okazjonalny Joanny Czajkowskiej i Jacka Krawczyka; ostatnio występowali w Rumunii i na Litwie, na początku listopada artyści jadą do Niemiec na Euro-Scene Festival. Krawczyk parę miesięcy temu otrzymał z rąk ministra kultury odznaczenie „Zasłużony dla kultury polskiej”. Poza tym teatr Wybrzeże czy Teatr Muzyczny (z całym szacunkiem dla wykonywanej przez nich pracy), pomimo wielomilionowych dotacji i setek etatów, nie są regularnie zapraszane na występy w USA czy Niemczech, gdzie stanowią artystyczną „wizytówkę” naszego regionu. Mimo to teatr tańca współczesnego ciągle wydaje się niedoceniany przez pomorskich urzędników.

– Mógłbym szybko i łatwo powiedzieć, że sytuacja teatru tańca w Trójmieście jest zła. Ale zacznę inaczej. Jest dobrze – mówi Leszek Bzdyl z Dady von Bzdülöw. – Tak, jest dobrze. Dada od trzech lat regularnie jeździ po świecie. Zaczyna procentować konsekwentna praca Asi Czajkowskiej i Jacka Krawczyka z Teatru Okazjonalnego i ta grupa wchodzi obecnie na arenę międzynarodową. Spektakl „Good Girl Killer” był pokazywany w Pradze na ważnym festiwalu. Wielu tancerzy z Trójmiasta pracuje w Europie… Jest zatem dobrze. Ale powinno być… dużo lepiej. Jednak, zdani na własne siły, nie jesteśmy już w stanie zrobić nic więcej. Skonsumujemy naszą popularność, nie przekażemy naszego doświadczenia kolejnym generacjom. Trójmiejska scena tańca powstała praktycznie z niczego, na gruzach Teatru Ekspresji Wojciecha Misiuro. Był to oddolny ruch artystów, którzy wypracowali rozpoznawalny sceniczny dialekt i znaleźli własną publiczność. Tak, wykonaliśmy ogromną pracę. Taniec w Trójmieście stał się wyrazistym i profesjonalnym zjawiskiem artystycznym, z artystami z Trójmiasta realizowane są międzynarodowe projekty. Powinno to budzić szacunek, zwłaszcza że wsparcie finansowe dla przedsięwzięć tanecznego środowiska jest relatywnie poniżające. Po latach pracy myślę jednak, że naszym głównym problemem nie jest jedynie brak pieniędzy na realizację nowych spektakli. Trójmiejskiej scenie tańca potrzebna jest spójna polityka kulturalna miasta i województwa zdecydowanie promująca teatr tańca oraz praktyczna pomoc i wsparcie choćby jednej z kilkunastu funkcjonujących w Gdańsku instytucji kultury. Chodzi nam o rzeczy zupełnie normalne: scenę dostępną do codziennej pracy, pomoc zatrudnionych w instytucjach prawników i księgowych, nawiązywanie wyrazistej współpracy z parterami w Polsce i Europie oraz promocję naszych spektakli. Przecież Dada, Teatr Okazjonalny i inni artyści występując w Europie czy w USA są automatycznie elementem promocji Gdańska, Sopotu i całego województwa pomorskiego. Jesteśmy profesjonalnymi choreografami i tancerzami, a nie prawnikami, menedżerami, animatorami kultury. Jeśli nasze spektakle podróżują po świecie, to znaczy, że bijemy swoiste rekordy funkcjonalności. Ale wielu rzeczy nie potrafimy po prostu zrobić. Tracimy możliwość zrealizowania wielu projektów międzynarodowych, bo nie mamy za sobą wsparcia instytucji kultury. Tu niezbędni są owi prawnicy, menedżerowie i księgowi, którymi dysponują miejskie lub wojewódzkie instytucje kultury.

Mają stąd wyjechać?

Wydaje się, że sukcesy i poziom artystyczny sceny tańca przerósł oczekiwania trójmiejskich urzędników odpowiedzialnych za kulturę. Nie bardzo wiedzą zatem, jak wspomóc grupy, które nie mają własnej sceny, własnej osobowości prawnej (na przykład założonego stowarzyszenia) oraz potrzebują wsparcia nawet nie tyle w przygotowaniu premiery, ile codziennym funkcjonowaniu. Część z decydentów ciągle traktuje grupy taneczne jak teatry amatorskie. Nic bardziej mylnego. Artyści tworzący scenę tańca mają bardzo często – oprócz kilkunastoletniego doświadczenia – wykształcenie baletowe, ukończone szkoły tańca współczesnego w zachodnich ośrodkach, posiadają dyplomy tancerza wydawane przez Związek Artystów Scen Polskich, pracowali w zawodowych teatrach w całej Polsce – jako choreografowie, osoby odpowiedzialne za ruch sceniczny czy aktorzy – z najważniejszymi krajowymi reżyserami.

– Jestem pewna, że trójmiejskie teatry tańca zasługują na więcej uwagi ze strony urzędników – mówi Anna Haracz z Kino Variatino (na Gdańskiej Korporacji Tańca artystka pokaże w sobotę swoje nowe solo „Małpy 3”). – Na początku część z nas faktycznie była amatorami, ale przez dziesięć lat wykonaliśmy masę pracy; znaleźliśmy publiczność, której zwrot „taniec współczesny” nie jest obcy, pojawia się coraz więcej premier widowisk tanecznych, spektakle moich kolegów są coraz lepsze, a przede wszystkim profesjonalne. Oglądam widowiska z Zachodu i widzę, że nasze produkcje nie są od nich gorsze. Kilka z trójmiejskich grup jest regularnie zapraszanych na występy za granicą: to chyba o czymś świadczy. My pracujemy z pasji, a często musimy stanąć przed bardzo praktycznymi problemami jak miejsce na próby czy finanse na produkcję. Są miejsca, w których jesteśmy szanowani i zapraszani, ale z drugiej strony w niektórych miejscach takiego szacunku zupełnie nie czuję. Jeżeli są w Trójmieście sale przystosowane do prób teatru tańca, to zasługujemy na większy dostęp do nich. Leszek Bzdyl dodaje: – Zupełnie nie pojmuję, dlaczego przez nieuwagę uśmierca się to, co jest tak bliskie trójmiejskiej tradycji artystycznej. Nie wiem, dlaczego od kilku lat wszyscy unikają poważnej rozmowy na ten temat. Czy mamy stąd wszyscy wyjechać?

Nieporozumień nie da się uniknąć

Miejscem, w którym ma być – w założeniu władz miasta – promowany taniec współczesny w Gdańsku, jest klub Żak. Jednak od paru lat pojawiają się tarcia pomiędzy tą instytucją a artystami. – Klub Żak jest miejską instytucją kultury i jednocześnie głównym organizatorem festiwalu Gdańska Korporacja Tańca, który jest praktycznie w całości finansowany przez miasto – mówi Anna Czekanowicz z biura prezydenta Gdańska ds. kultury. – To właśnie ta instytucja przygarnęła Teatr von Bzdülöw i wspiera go najlepiej jak potrafi. Nigdy, w sytuacji gdy pojawiają się dwa organizmy, których interesy mogą się różnić, nie da się uniknąć nieporozumień. Wierzę w to, że przy dobrej woli klubu i teatrów da się je pokonać. Jestem przekonana, że klub Żak jest świadomy istotności tego festiwalu i potrzeb związanych z tym środowiskiem.

Główna pomoc, jaką może w tej chwili artystom zaoferować pomorski Urząd Marszałkowski, to dotacje wspierające realizację kolejnych premier. – Mamy w Trójmieście tradycję Teatru Ekspresji, jest kilka ciekawych osobowości artystycznych – uważa Władysław Zawistowski, dyrektor departamentu kultury w Urzędzie Marszałkowskim. – Jednak są to działania rozproszone, artyści nie podejmowali prób instytucjonalizacji swoich działań. Jeżeli chodzi o jednorazowe inicjatywy, to chętnie i regularnie wspieramy je finansowo. Ale nie mogę kazać, na przykład, podległemu nam dyrektorowi teatru Wybrzeże, by nagle zadbał o sale prób dla grup tańca i zajął się ich promocją.

Komentarz

Przygotowując powyższy tekst, a także wielokrotnie wcześniej, rozmawiałem z obiema stronami „barykady” – urzędnikami i artystami. Ci pierwsi opowiadają, że tancerze sami się do nich nie zgłaszają ze swoimi problemami, „a oni za artystami biegać nie będą”. Tancerze unikają urzędników, zniechęceni dotychczasowymi spotkaniami, z których – jak doskonale widać – tak naprawdę niewiele wynikło. Władze muszą w pełni zdać sobie sprawę z tego, że mają do czynienia z artystami z ogromnymi osiągnięciami i potencjałem, zasługującymi na poważne wsparcie. Artystami, którzy świadomie wybrali Trójmiasto jako miejsce swojej pracy; artystami, których każdy kolejny sukces jest też sukcesem naszego regionu. Problem, przynajmniej na jakiś czas, rozwiązać może dofinansowanie klubu Żak (także przez Urząd Marszałkowski) w takiej skali, aby scena mogła być pozostawiona wyłącznie do użytku teatru tańca i aby znalazł się dodatkowy etat dla kompetentnej osoby promującej działania trójmiejskich grup. Jednorazowe dotowanie spektaklu w niczym na dłuższą metę nie pomoże. Chyba że, tak naprawdę, urzędnicy nie widzą w Trójmieście miejsca dla profesjonalnego tańca współczesnego.