Taneczny apel do włodarzy

Taneczny apel do włodarzy

Mirosław Baran

2008-08-27

 

Zobacz powiększenie

Przedstawienie „Opus pessimum, czyli nigdy nie mów mi, że mnie kochasz” – najnowsze solo Leszka Bzdyla z Teatru Dada von Bzdülöw – trudno oceniać w kategoriach artystycznych. Jest to przede wszystkim podszyty gorzką ironią apel tancerza o odrobinę zainteresowania ze strony władz

Konstrukcja przedstawienia jest prosta. Pastiszowe fragmenty taneczne przeplatane są wypowiedziami Bzdyla do mikrofonu. Całość zaczyna się przezabawnie: tancerz – ubrany w błyszczący kapelusz, szarą marynarkę i czerwone spodnie – parodiuje popisy choreograficzne a la Michael Jackson czy Justin Timberlake w rytm dyskotekowego utworu z refrenem „So remember, boy, you e superstar!”. Potem jest już tylko coraz smutniej. Bzdyl, parodiując przemowy polityków, dziękuje władzom Gdyni, Gdańska i województwa za nagrody artystyczne. „Oni wszyscy, z troską godną standardów europejskiego państwa, dbają o wolność twórczą” – mówi. I zaczyna tańczyć, najpierw parodiuje balet klasyczny (jedyną formę tańca konsekwentnie wysokimi sumami dofinansowywaną przez władze), później porusza się w rytm dyskotekowych brzmień „Freedom” oraz jazzującego utworu.

Najostrzejszym fragmentem spektaklu była projekcja wideo przygotowana przez Jacka Staniszewskiego. Na ogromnym ekranie zobaczyliśmy ciąg zmieniających się obrazów, m.in. fragmenty umów o przyznanie stypendium, klęczące w błagalnej pozie kościotrupy, zwitki banknotów czy rysunek dłoni ułożonej w gest uważany za obraźliwy, a znaczący – delikatnie mówiąc – „odczep się”. Na te obrazy nakładany był, powracający niby refren, herb urzędu marszałka woj. pomorskiego.

Całe przedstawienie nie było jednak agresywne czy obraźliwe dla kogokolwiek. Jest to autoironiczna wypowiedź artysty docenianego wszędzie, poza miejscem, gdzie żyje i tworzy (nie przypadkiem Dada von Bzdülöw nad premierą „Faktor T” pracowała w Filadelfii i Poznaniu). O tym, że jest ona trafna, świadczą owacje – najgłośniejsze brawa usłyszeć można było ze strony innych tancerzy usadzonych na żakowskiej antresoli. Leszek Bzdyl w spektaklu nie wymienia żadnych nazwisk. Używa jednak funkcji, więc łatwo zidentyfikować adresatów jego wypowiedzi. Panie marszałku Janie Kozłowski: warto pomyśleć o kilkudziesięciu świetnych artystach częściej niż dwa razy w roku – w Międzynarodowy Dzień Teatru oraz w momencie wręczania stypendiów. Są to profesjonalni twórcy, którzy świadomie wybrali Pomorze jako miejsce swojej pracy. A bez problemu mogliby tworzyć gdziekolwiek indziej, w Polsce czy za granicą. Zresztą część z nich już wyjechała. Panie prezydencie Pawle Adamowiczu: wiemy, że dla Gdańska priorytetem w dziedzinie kultury jest bursztyn. Jednak jego bryły wyglądały równie efektownie setki lat temu i za setki lat wyglądać będą także świetnie. A powstała kilkanaście lat temu w naszym mieście scena teatru tańca to cenne zjawisko artystyczne, wyjątkowe w skali kraju, które bez wsparcia może przestać istnieć w ciągu kilkunastu miesięcy.

Miasto Gdańsk przeznacza na działalność teatrów tańca sumę trudną do określenia: składa się na nią w tym roku rezydencja w klubie Żak dla Katarzyny Chmielewskiej z Teatru Dada von Bzdülöw (10 tys. zł), stypendia twórcze oraz koszty eksploatacji sali w Żaku, w której odbywają się próby. Wszystkie grupy mogą łącznie liczyć na sumę około 20 tys. zł w ramach stypendiów artystycznych marszałka – na realizację spektakli. Nie na rozwój, próby, szkolenie młodzieży, ale na konkretny cel: gotowy „produkt” artystyczny. Łatwo zatem przeliczyć, że samorządy wspierają scenę taneczną kwotą w granicach 50 tys. zł rocznie. Przeciętna premiera w teatrze dramatycznym kosztuje przynajmniej 100 tys. zł. I to nie licząc – wliczonych w koszta stałe działalności teatru – sali do prób oraz etatów aktorów. Kilkudziesięciu profesjonalnych twórców, realizujących w roku około dziesięciu premier, może liczyć na roczne wsparcie na poziomie połowy jednej teatralnej premiery. A te kilkadziesiąt tysięcy rocznie to suma stukrotnie mniejsza, niż Urząd Marszałkowski łoży co roku na utrzymanie Teatru Wybrzeże (a ten otrzymuje jeszcze dotację z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego).

Trójmiejscy tancerze naprawdę nie mają ogromnych potrzeb. Podstawą jest scena, która przeznaczona byłaby wyłącznie dla nich; na niej mogliby ćwiczyć i grać spektakle. Drugą sprawą jest zatrudnienie kompetentnych osób, które pomogłyby im w pozyskiwaniu sponsorów, organizacji występów gościnnych, promocji ich pracy (a tym samym – regionu). Bo oni sami menedżerami nie są. I pomoc księgowej. Bo na tym też się nie znają.

 

Panie marszałku? Panie prezydencie?

 

http://miasta.gazeta.pl/trojmiasto/1,35611,5634785,Taneczny_apel_do_wlodarzy.html#more