Tak dla panny młodej, Justyna Świerczyńska

Tak dla panny młodej rozebranej przez dwóch kawalerów

Larysa Grabińska i Maria Miotk w „Pannie Młodej rozebranej przez swych kawalerów, jednak…”

 

Temat choreograficznego debiutu Larysy Grabińskiej i Marii Miotk wybrany został znakomicie. Historia dwóch wkraczających w dorosłość kobiet, odegrana przez dwie debiutujące na trójmiejskiej scenie tancerki, choćby przez bliskość tematu, przyniosła pełen wdzięku efekt.

Wystawienie „Panny Młodej rozebranej przez swych kawalerów, jednak…” mogło, jak to czasem bywa u debiutantów, zakończyć się porażką. W sytuacji braku scenicznego doświadczenia łatwo o brawurę i teatralne efekciarstwo. Tak się jednak nie stało, w czym ogromna zasługa dwóch, nad wyraz dojrzałych tancerek.

Pierwsza scena spektaklu, prezentująca kobiecość u progu dorosłości, prowadzona jest w wolnym, nieśpiesznym, tempie. Bohaterki bawią się aluminiowymi sreberkami. Od niechcenia zakładają je sobie na nos, rękę, głowę. Dużo w tych ruchach zdystansowanego uroku, tym większego, że samo dzieciństwo potraktowane zostało bardzo umownie. Ot, ledwo naszkicowanym gestem.

Kolejne sceny to już historia budzącej się kobiecości. Symbolizujące mężczyzn kartonowe manekiny na zmianę straszą i budzą zaciekawienie. Aż wreszcie, w gwałtownym tańcu dochodzi do walki lęku z pożądaniem. Walki, która, o dziwo, kończy się zwycięstwem niewinności. Grająca rodzącą się kobiecość Maria Miotk znika ze sceny, zaś jej partnerka, Larysa Grabińska, tańczy z wyimaginowanym partnerem swoje, inspirowane walcem, solo.

Spektakl zamyka zabawna scena z czekoladą. Pojawienie się w pustej przestrzeni lekko rozpuszczonego smakołyku, wywołuje spore zamieszanie. Z ciemności wychylają się kolejno wpatrzone w czekoladowy mus głowy. I tu miłe zaskoczenie. Wydawać by się mogło, że wróciliśmy do punktu wyjścia, a więc do dzieciństwa. Tak się jednak nie dzieje. Czekolada zmienia bowiem swoją funkcję. Zamiast dwóch oblizujących palce dziewczynek, widzimy dwie kobiety wcierające czekoladę w ciało, niczym w trakcie nowoczesnego zabiegu pielęgnacyjnego. Coś się jednak zmieniło, do dzieciństwa powrotu nie ma.

Piątkowy wieczór w sopockiej Scenie Off de Bicz zakończyło świetne solo Joanny Czajkowskiej – „Tak”. Wykonany po raz pierwszy od grudniowej premiery spektakl chyba przekornie opatrzony został afirmującą życie partykułą. Występ Czajkowskiej to raczej przejmująca próba pokazania narodzin człowieka w kulturze. Próba bolesna, zakończona kabaretowym show, które śmieszy, ale tylko przez chwilę.

Justyna Świerczyńska , trójmiasto.pl