Sztuka Wysoka – Marek Weiss

Sztuka Wysoka – Marek Weiss –

Jak się ma to popularne określenie do praw demokracji? Skoro jest sztuka wysoka, domniemywać należy, że jest również niska. Tego terminu raczej się nie spotyka i nikt poprawny politycznie nie używa go w ocenie jakiegoś dzieła, czy występu. A przecież ten wartościujący podział ma swój sens i odnosi się do konkretnych zjawisk. Może nie ma się co krępować i należy utrwalać odróżnianie sztuki znakomicie dopracowanej, ambitnej i warsztatowo perfekcyjnej od chały byle jakiej rosnącej wszędzie jak psie grzyby po deszczu? Ale kto miałby to utrwalać? Artyści pytlują w tej sprawie na każdym prywatnym spotkaniu, ale publicznie nikt się nie wychyli, żeby kogoś napiętnować jako „niskiego”, bo przecież nie będzie się pysznił i wywyższał, a poza tym wszyscy się jakoś kolegujemy. Więc może krytycy? Nie jest im łatwo, bo rynek rządzi się swoimi prawami i jeśli coś jest modne, nagłośnione i ulepione z kitu, to wciska się go bez specjalnych kłopotów do czasu, kiedy łatwowierny odbiorca straci cierpliwość i wreszcie kit wypluje. Krytyk może ostrzegać i wartościować, ale większość z nich też podlega poprawnościom politycznym wszechwładnej demokracji i kolegowaniu się. W dodatku rozróżnienie dotyczy poszczególnych dzieł, prezentacji, artystów, a nie gatunków. Nie da się już z góry zawyrokować, że jeśli ktoś wali w bęben, to uprawia sztukę niską, a jeśli dmucha w obój – to wysoką. Podział na muzykę poważną i niepoważną tak sztywny w czasach mojej młodości, jest dzisiaj nie do obrony. W gatunkach ludycznych zdarzają się arcydzieła, a na akademiach sztuki niejednokrotnie hula i cuchnie sztuka najniższa. Nikt nie ma monopolu na prawdziwą sztukę. I potrzeba cierpliwego wysiłku, by wciąż odnajdywać arcydzieła i wielkich mistrzów na wszystkich gałęziach drzewa sztuki. Nobliwe sale koncertowe i nocne kluby, uznane galerie i jarmarki pacykarzy, dostojne biblioteki i kioski bukinistów, wielkie sceny i offowe budy – wszędzie można odnaleźć wstrząsające przeżycia, które odmienią nasze dusze i wyleczą je z nędzy moralnej. A jednak zasadnicza różnica polega na tym, że aby móc posłuchać Filharmoników Berlińskich w ich siedzibie trzeba wydać niewyobrażalne pieniądze na utrzymanie wielu pokoleń muzyków i całego zaplecza z nimi związanego, na gmach tradycji i mistrzowskich umiejętności kształtowanych przez stulecia. Tymczasem na wzruszenia serwowane przez genialnego mima na dywaniku rozłożonym za rogiem ulicy wydajemy grosze. Może więc sztuka wysoka to sztuka kosztowna? Może to ta, która nie przeżyje bez hojnego i stałego finansowania? A może zbyt kosztowna? Skoro każdy może być artystą znanym i lubianym, to po co utrzymywać elitarne instytucje? Takie pytanie, o zgrozo, zadaje sobie niejeden decydent budżetowy i czasem wpada na pomysł, jak ów legendarny wojewoda na południu kraju, że skoro orkiestra tyle kosztuje, to niech grają opery z fortepianem. A inny za chwilę odkryje, że w ogóle nie trzeba grać oper, bo przecież w multikinach transmitują spektakle z La Scali, którym w żadnym województwie nikt nie dorówna. A zamiast wyrzucać pieniądze na produkcję filmów, lepiej podwoić sieć wypożyczalni wideo, zamiast budować teatry lepiej wznosić supermarkety, bo ludzie tam chętniej chodzą, jeśli zbadamy statystycznego obywatela. A gdzie słynny 1% na kulturę? Po prostu wybudujemy muzeum wojny, potem muzeum powstań, zebrań, wyborów i wreszcie muzeum upadku zadufanej Sztuki Wysokiej.

Marek Weiss : – Reżyser teatralny i operowy, od 2008 Dyrektor Naczelny i Artystyczny Państwowej Państwowej Opery Bałtyckiej

link do źródła

zobacz tekst powiązany z tym tekstem

 

Powiązał :

 

Bartłomiej Łuniewicz