Wild Project – recenzja

O człowieku na dziewięć głosów – Natalia Lewna

Taniec stanowi najlepsze narzędzie dotykania zagadnienia cielesności człowieka. Staje się przekaźnikiem myśli o najbardziej pierwotnych instynktach, namiętnościach drzemiących w człowieku. Właściwie należałoby je nazwać potrzebami, na co dzień zagłuszanymi przez sytuacje i zależności społeczne i kulturowe, w które zostaje uwikłany człowiek. Jednak mówi się, że natury oszukać się nie da i ta właśnie natura wypełza w nowym spektaklu Wild Project STT. Tym razem zabrakło na scenie Jacka Krawczyka i Joanny Czajkowskiej, która zajęła miejsce po drugiej stronie – nie jako wykonawca a choreograf. Zatańczyła natomiast dziewiątka nowoprzyjętych członków zespołu. Premiera spektaklu odbyła się 8 grudnia, a do tej pory zaprezentowano go trzy razy. Ja chciałabym napisać słów kilka o odsłonie, która miała miejsce podczas festiwalu Metropolia jest Okey!

W pierwszej scenie następuje mocne uderzenie. Dwoje charyzmatycznych tancerzy (Magda Wójcik i Dawid Kisiel) oraz dynamiczna muzyka od samego początku mobilizują widza do największego skupienia. Taniec tych dwojga wygląda jak rozmowa. Kiedy jedno mówi, drugie stoi i słucha. Zdarza się kilka momentów współdziałania i harmonii, jednak większą część stanowi emocjonalna licytacja i rywalizacja o przestrzeń i energię do działania i autoprezentacji.

Nawet głośna muzyka i dynamiczny ruch po dłuższej chwili usypiają czujność widza, dlatego Czajkowska w drugim obrazie zmienia atmosferę wydarzenia i wprowadza na scenę Dorotę Zielińską w lirycznym solo. Prostota sekwencji skutkuje czystością oraz czytelnym przeprowadzeniem ruchu. Całość okala zaaranżowana przez Bartosza Hervy’ego muzyka. Postać Zielińskiej dosłownie – w ruchu i metaforycznie – w narracji spektaklu przemierza przestrzeń, podąża konsekwentnie, choć w sobie tylko znanym kierunku i celu.

Po solo już przez znaczą część czasu na scenie przebywa, przemiennie wprawdzie, większość tancerzy. Wraz z pojawieniem się na scenie całej grupy widz odkrywa klucz, jakim posłużono się, dokonując charakteryzacji będącej, moim zdaniem, wariacją na temat zwierzęcości. Ponieważ Wild projekt jest głosem na temat instynktów drzemiących w człowieku, w oczach mienią się cętkopodobne faktury strojów, ostre makijaże i drapieżne fryzury. Z drugiej strony ze zwierzęcością dość jednoznacznie kojarzy się cielesność. To ciało jest naturalnym przedłużeniem instynktów, a zarazem wykonawcą żądań, jakie przed nim stawiają. Brnąc dalej w tę grę skojarzeń, we współczesnej kulturze cielesność zrównuje się z seksualnością, jako jedną z najbardziej pierwotnych namiętności. Dlatego też kostium prócz znamion prymitywu posiada również sporą dawkę zmysłowości. Chyba nazbyt to dosłowne, bo przekaz spektaklu jest na tyle jasny, że nie trzeba go wspierać tak wyraźnymi wskazówkami. Przez zbytnią literalność odbiera się widzowi zabawę ze znaczeniami i interpretacją materiału, który przyszło mu oglądać.

Ze świetnym skutkiem natomiast Czajkowska eksploatuje w choreografii oddech. Odwołuje się do fizjologii, a odrzucając na ten moment muzykę, nadaje rytm tańczącym, rytm z samego ich wnętrza. Na tej zasadzie zbudowano kilka interesujących ruchowo sekwencji. Oddech, a nie myśli, reguluje sposób poruszania się, wymusza określone reakcje, ucieleśnia taniec, osadza go mocno w ziemi intensyfikując fizyczność doświadczenia. Umysł został wyłączony, a tancerze zeszli na pierwotny poziom „myślenia ciała”, dzięki któremu następujące po sobie sekwencje wyglądają spontanicznie i szczerze. Tym bardziej że, w sposobie poruszania się ciała tkwi wiele nieuświadomionych informacji o kulturze, w jakiej przyszło ciału funkcjonować. A przecież właśnie problemu ograniczenia swobody natury przez kontrolę kultury dotyka ten spektakl.

Tym razem inspiracją dla choreografki nie było ani malarstwo, ani literatura. Wysnuwa część swoich założeń z teorii hormizmu Williama McDougalla, twierdzącego, że ludzki umysł funkcjonuje w oparciu o pewne tendencje, które są dziedziczone i wrodzone. Owe tendencje stają się źródłem myśli i czynów. Innymi słowy to właśnie instynkty tkwiące w człowieku. McDougall wyróżnił siedem podstawowych, jak chociażby odrzucenia, ciekawości, walki, czy z drugiej strony samoponiżania. Ilustracją teorii hormizmu jest część zbiorowa, w której na scenie formują się kolejne duety. Każda z łączących się na moment par oddaje inny typ zależności międzyludzkich, wymiany myśli i emocji. Pomysł ciekawy i w dużej mierze udany i czytelny. Niektóre konfiguracje tancerzy są jednak mało przekonywające. Trudno dostrzec, w jakim kierunku odbywa się dialog czy skąd wychodzi impuls dla ruchu. Niektóre sekwencje wydają się zbyt ograne. Ani tancerza, a tym bardziej widza nie są w stanie zaskoczyć. Zdarzało się, że tańczący wyprzedzali kroki, nie czekając na bodziec od partnera, rozmywając tym samym ogólny obraz.

Czajkowska chce wyciągnąć to, co pierwotne, naturalne i wrodzone, choć ukryte pod płaszczykiem akulturacji i socjalizacji. „Jeśliby nas obedrzeć z tych wszystkich masek, pod spodem wszyscy jesteśmy taką samą masą mięsa, niczym więcej” – zdaje się przekonywać nas przechadzająca się w pewnym momencie po scenie, z kawałem surowego mięsa w dłoniach, Grażyna Słaboń. Wild Project pokazuje jak wiele nieuświadomionych bodźców kieruje naszym zachowaniem, a zatem i życiem. Tancerze kilkukrotnie powielają na scenie pewne schematy. Mimo zmiany miejsca i poziomu, ten sam szyk tworzą bez zastanowienia, sprawnie i precyzyjnie. Płynnie wchodzą w narzucone im role, każdy doskonale zna swoje miejsce w konfiguracji.

Choreografka zaprosiła do współpracy tancerzy prezentujących różne style. Dla przykładu Maria Miotk pasjonuje się flamenco, Dawid Kisiel tańcem towarzyskim, a Marcin Guzicki capoeirą. Każdy z nich wprowadza inną, ciekawą jakość ruchu, co staje się mocną stroną spektaklu będącego zbiorowością indywidualności. Różnice można zauważyć podczas wszelkich sekwencji grupowych, w których wiele jest pracy centrum – spięć i rozluźnień. Wszyscy prezentują widzowi własne studium ciała. Równie obficie Czajkowska korzysta z pracy dłoni, każąc im przybierać różnorakie formy czy to w przelocie, czy na dłuższą chwilę. Wszystkie te zabiegi podkreślają swoistą dla jednostki gestykę.

W pewnym momencie spektakl nabiera znamion performansu. Przerwano na chwilę, zapalono światła na widowni, a tancerze zastygli w bezruchu na szczycie sceny. Pauza trwała tylko tyle, ile Czajkowska potrzebowała, żeby zalać sobie zupkę w proszku. Przy okazji wspomniała zrealizowaną, w ramach BUT-a, przed około piętnastu laty pracę Avi Kaisera, podczas której tancerze gotowali na scenie zupę, nęcąc w ten sposób nie tylko zmysł wzroku czy słychu, ale i węchu widza. Dalej wtrąciła kilka słów na temat lalki, baletnicy o imieniu Olga, stojącej na straży jakości spektakli STT. Czyżby nie biorąc udziału w tym spektaklu poczuła potrzebę refleksji nad dorobkiem zespołu i wartością jego pracy?

 

Natalia Lewna – horyzonty artystyczno – naukowe zdobyła tańcząc i studiując kulturoznawstwo i teatrologię.