Le Sni – „źródło podszeptu”- recenzja

cytat w zapowiedzi spektaklu przywołał widmo Andre Bretona.

wielkim marzeniem artystów początku zeszłego wieku było tworzenie ” z podświadomości” , czemu służyć miało choćby wsłuchiwanie się w  „źródło podszeptu” , picie, palenie, zjadanie przeróżnych substancji , albo ” ecriture automatique” , jako metoda pracy twórczej, by wymienić te szkolne wynalazki surrealizmu, bez popadania w zasadniczy ton.

każdemu kto próbował, tych metod ” na podświadomość” , nie trzeba tłumaczyć że to ścieżka zasadniczo zawodna, chyba że idzie w duchu koniunktury, podobnie jak modne mogą stać się obrazy malowane oślim ogonem.

karl gustav jung bardzo chciał rysować mandale, z podświadomości, niestety jako naukowiec szybko doszedł do wniosku, że kontaktuje się przeważnie z własnym ” chceniem” a nie z podświadomością i samo wsłuchiwanie się ” w źródło podszeptu” nie może być wystarczającą legitymacją tworzenia, chociaż jest zręczną techniką ćwiczenia uwagi, skierowanej na ego.

czy artystom potrzebne jest jeszcze więcej skupienia na niewyczerpanym źródle podszeptu ? sto lat po surrealistach, odbija się niestrawiona treść cudzych doświadczeń. podświadomość o której wiadomo że nie można do niej dotrzeć bo wtedy staje się świadomością, jest jak niewidzialny bombowiec za miliardy dolarów. można twierdzić, że jest, można go kupić,  ale nikt go nigdy nie zobaczy.

freud, piewca ukrytych motywacji, umarł na raka wargi bo wieczni kopcił cygaro, a pieniądze z wieloletnich terapii przeznaczał na kokainę. ciekawe czy ukryta, oralna motywacja, pchnęła go do wynalezienia ” psychologi głębi” . na pewno miał talent.

4 utalentowane tancerki, które z nazwiska wymieniam na końcu, zdając się na niewyczerpane źródło podszeptu, weszły do opróżnionego basenu po solance. zaprosiły do współpracy tandem stałych współtwórców i zabawiały wcale liczną publiczność, tak sprytnie ustawioną wokół wysokich barier wysokiej sztuki, że żeby obejrzeć cały spektakl, każdy musiał unosić się metr nad chodnikiem. to nie wszystkim udawało się, więc niektórzy krążyli wokół basenu, oglądając za każdym razem inna część rozgrywanych na dnie scen.

czarująca atmosfera miejsca, pająki na suficie, bliskość lasu, krystaliczna solanka, stosy oszronionych badyli, statyczna, ciągnąca się muzyka, która nigdy nie osiąga kulminacji i nie znajduje rozwiązania, cztery tancerki na dnie basenu.

wokół aż gęsto od niewyczerpanych źródeł podszeptów.
kobiety wstrząsane drgawkami. przez chwilę pantomima. konfiguracje i układy napięć. na dnie basenu zadzierzga się psychiczny stan. osoby scalają się w osobę. rozpełzają się na duety. prowokacja pozostaje w granicach oparu, czar gęstnieje.

nie sposób obserwować wszystkiego jednocześnie. moja uwaga abstrahuje od domniemanej treści spektaklu i zwracam się do zmysłowej strony ludzkiej natury. momentami chaotyczna choreografia, zaciska się jak warkocz ciągniętej za włosy. spektakl osiąga punkt krytyczny. powracają posągowe, zmanierowane gesty – para posągów na skraju fontanny patrzy w dal, a jednocześnie dla wszystkich widzów, po środku sceny rozkwita duet sadomasochistyczny. prawidłowość interpretacji znajduje potwierdzenie w kolejnej scenie, angażującej wszystki cztery aktorki: kolejno jedna przyklęka, kuca, wchodzi w pozycję służebą, inna wstępuje jej na plecy, a dwie towarzyszą temu, trzymając aktualną dominantkę za ręcę na sposób wybitnie dworski. aktorki zmieniają się w tych rolach.

granice między partiami spektaklu są płynne. rozpoznanie że ktoś aktualnie ma solo, możliwe jest tylko w oparciu o subtelne rozłożenie napięć i intensyfikację mimiki. spektakl stabilizuje się ku końcowi. aktorki ponownie rozpełzają się po scenie, nieruchomieją, powracają do początkowej katatonii. koniec.

formalnie spetkal jest ewidentną improwizacją na przepracowanym temacie, wokół wcześniej przygotowanych szwów. jest to podstawowa metoda pracy we wszystkich trójmiejskich teatrach tańca, nie ma tu nowatorskich rozwiązań. nie ma też spetkakularnych zabiegów choreograficznych. podział na partie solowe i grupowe, jest czysto umowny, można powiedzieć ” geograficzny” , bardziej niż strukturalny.

ci którzy przyszli pooglądać piękny taniec, mogli poczuć się zawiedzeni, ale bardziej doświadczeni widzowie, wiedzą już że piękny taniec jest po prostu passe a najważniejsze są wewnętrzne motywy i rozgrywanie własnych napięć, jako podstawowe tworzywo sztuki, bo do tego doszedł ogólnie wyzwalający postmodernizm i konia z rzędem temu kto przełamie tą tendencję, proponując strukturę jak diament.

a jednak ” le sni” , spektakl, sięgający po ” niewyczerpane źródło podszeptu” , traktowany tak jak chcieli zapowiadający go autorzy, jako instalacja site-specific, to przedsięwzięcie udane.

to igranie ze znaczeniem obecności aktorów, mogło wprawiać w konsternację ale mogło też wyzwalać widzów, odrywać ich skupioną, oczekującą uwagę. spektakl pozwalał sycić zmysły prowokowane światłem, dźwiękiem, ruchem,  nie bez znaczenia był szczególny charakter domu zdrojowego w środku lasu, gdzie obudzeni somnambulicy, wdychając solankę przekraczają granicę między  ruchem we śnie a ruchem na jawie.

wiadomo że ten spektakl nie rozegra się już w tym miejscu, tym bardziej, polecam obserwować, następny ruch grupy „Good Girl Killer” – Anna Steller i Magdalena Jędra, znieruchomiały już kilka miesięcy temu, podczas Gdańskiego Festiwalu Tańca. Wtedy jako „morskie koniki gnane popędem” ( tytuł spektaklu), a obecnie, jako wcielenie somnambulizmu, na dnie basenu. nawet całkowicie amatorska interpretacja w duchu psychoanalizy musi zwrócić uwagę na obecność wody, na wody odchodzenie i podmokłe rejony, ciemne obszary, podszepty i oślizgłe zejść w głąb.  

Spektakl ” le sni” stworzyli:

aktorki:
Magdalena Jędra i Anna Steller ( Good Girl Killer)
Ramona Nagabczyńska i Tatiana Kamieniecka
muzyka:
Rafał Dętkoś i Karolina Rec
obraz:
Patrycja Orzechowska
światło:
Michał Kołodziej
kostimy:
Julia Porańska
producent:
Patrycja Orzechowska

podszeptał

Bartłomiej Łuniewicz

DanceDesk