Recenzja – Gdański Festiwal Tańca

Odwagi ! Nawoływał tegoroczny Gdański Festiwal Tańca.

Na miano odważnych zasłużył Good Girl Killer, obchodzący swoje piąte urodziny, jako duet Magdaleny Jędry i Anny Steller.

Kto wie czy skamieniałe „Morskie Koniki wiedzine popędem” w sugestywnej zawiesinie video-oceanu- znieruchomiałe na 30 minut tancerki, zalewane potem, nie mogłyby posłużyć za symboliczne podsumowanie dwóch tygodni festiwalu.

Bynajmniej.

Bezgranicznie odważny spektakl Teatru Patrz Mi Na Usta, zderzył odbiorców ze zwyrodniałą uczuciowością parady dziwactwa. Nie ma mowy by ktokolwiek mógł podrobić styl wypowiedzi Krzysztofa Leona Dziemaszkiewicza, dosłownie, rodzącego na scenie, spragnioną miłości amatorkę tańca, to przyciągający, to odpychający trójmiejski gigant performance, podrzucał i wprawiał w wir swoje nowe dziecko, w choreografii jakby trawestującej tę scenę z legendarnego Cafe Muller Piny Bauch.

 

Przejrzane recenzje Tadeusza Szkutnika, Magdaleny Hajdysz i Łukasza Rudzińskiego, chwalą Enclave Dance Company ” Mermaid’s Call” , uznany przez Hajdysz za ” zapierający dech w piersiach”;   „no.thing” Compagnie Linga ” według Szkutnika „gwaizdorski” a dla Rudzińskiego „kapitalny”. Dalej opinie są podobne chociaż bywają rozbieżne : ” Ocaleni. Na skraju nieba”  –  ” przemówił z ogromną siłą i niepowatarzalnym stylem-uznała Hajdysz , Rudziński stwierdził, że Agnieszka Kamińska „z polskich wykonawców” zaprezentowała się  zdecydowanie najlepiej ale  Szkutnik uważa, że  spektakl był „niestety przegadany” i ” stojący w rozkroku między metafizyką a holocaustem.”

W kontekście ” Odwagi” na oddzielną  uwagę zasługuje spektakl w stylu wolnym
„Kebalan” – tą wyimprowizowana opowieść o tym, że każdy jest sam, Guillermo Horta Betancourt, dosłownie wyprodukował na oczach widzów, śpiewając a capella, tańcząc do muzyki z IPhona,  a ostatecznie, zachęciwszy zahipnotyzowanych jego  charyzmą widzów do opanowania sceny, Guillermo wyszedł z sali by spektakularnie powrócić na wdzięczne brawa.

Tam gdzie odwaga stawiana jest obok brawury, rutyny i arogancji, znalazł się
14. czerwca 2010  Śląski Teatr Tańca „La, La, Land” . Mocno spoceni ślązacy pogwizdywali na chłodne dziewczęte i jedynie sceny oglądane dzięki kamerze, sceny dziejące się za kulisami, naładowane były emocajmi, wyzwoloną na chwilę,  podglądaną bliskością.

Zawiódł, sądząc z kuluarowej atmosfery oczekiwany, Lubelski Teatr Tańca – „NN. Wacławowi Niżyńskiemu” duet demoniczny, zgubił sens, być może pod ciężarem ambitnego tematu- w domyśle spektakl poświęcony geniuszowi przeszłości Wacławowi Niżyńskiemu, wypadł słabo,  tak jakby powikłane losy chorego psychicznie tancerza trzeba było oddawać poprzez chaotyczną, egzaltowaną  choreografię.

Towarzysząca festiwalowi konferencja Baltic Movement Conference, przyniosła serię wykładów teoretyków tańca. Najmocniej wypadły „grube” referaty niczym fragmenty doktoranckich elaboratów z dziedziny Butoh. ” Ciało proseksualnie doświadczające. O możliwościach transgresji w japońskim tancu buto” , referat Julii Howczyk z Akademii Teatralnej w Warszawie porażał stylem i poziomem abstrakcji normatywnej, a jednak zafascynowana specjalistyczną wiedzą,  czytająca z szybkością karabinu maszynego referentka, zdawała się przeglądać w zwierciadle kartki, jakby zawstydzona obecnością próbującej nadążyć publiczności. Na tym tle nawet wygłaszane po angielsku referaty wydawały się przystępne, a spośród tych
” Dance and the Politics of Representation” pani profesor Andree Grau, dzięki spokojnej narracji i dobrze dobranym przykładom, dawał się odczuć jako pożyteczny. Pani doktor Stephanie Jordan, nawiązała dobry kontakt ze słuchaczami, dzięki swobodzie komunikacji poprzez ciało- klaskała, pokazywał fragmenty choreografi i była świetna tam gdzie analizowała klasyczne przykłady, np. Pina Bauch ” Święto Wiosny” , ale rejony gdzie teoria tańca spotyka się z praktyką muzyki, pozostają dla pani doktor tajemnicą, co udowodniła mętnie odpowiadając na pytania z dziedziny relacji pulsu i metrum.

Podsumowanie dwutygodniowego Gdańskiego Festiwalu Tańca nie byłoby zupełne, bez choćby kilku zdań na temat finału konkuru Baltic Movement Contest. Za popisowy uznać należy werdykt jury, które nagrodziło 4 z 5 pięciu prezentowanych prac. Zwycięzkie solo Ann Lin- Anksensen, norweżki, tańczącej do klasycznej kompozycji, solo ilustrujące tańcem muzykę, osadzone w tradycji, scholastyczna choreografia, posługująca się powtórzeniem, dreptaniem, tradycyjnie pojmowanym tańcem, nie pozostawia złudzeń, że na jurorach zrobiło wrażenie to co mieściło się w sforamlizowanym rozumieniu tańca. Być może podziałały tu wymogi stawiane jurorom – zobiektywizowane i obowiązkowe kryteria oceny. Niewątpliwie konkurs byłby dużo ciekawszy, gdyby o trzy miejsca walczyło piętnastu, a nie pięć artystów.

Gdyby tradycją miało stać się, że Gdański Festwial Tańca odbywa się pod jakimś hasłem, być może, hasło na przyszły raz, powinno brzmieć  – Wizji !  –

Być może festiwal, który ma ambicję by pokazywać nie tylko polskie produkcje, festiwal międzynarodowy, nie powinien jednocześnie podcinać sobie skrzydeł, ograniczając się do prezentowania artystów z krajów rejonu Morza Bałtyckiego.

Biorąc wszystko pod uwagę, organizatorom festiwalu należą się podziękowania za wysiłek włożony w realizację przedsięwzięcia. Dziękuję.

Bartłomiej Łuniewicz

Inne źródła:

1. „Trójmiejskie premiery na Gdańskim Festiwalu Tańca”
, Magdalena Hajdysz
 Gazeta Wyborcza Trójmiasto nr 149

2. „Sekret Iwusia i syreni śpiew”
, Magdalena Hajdysz 
Gazeta Wyborcza Trójmiasto nr 137

3. „Żyje taniec czy więdnie, usycha?” , 
Tadeusz Skutnik
 Dziennik Bałtycki nr 149

4. „Teatr tańca dla wytrwałych. Podsumowanie Gdańskiego Festiwalu Tańca”, 
Łukasz Rudziński
 ,www.trojmiasto.pl