Po debacie

Po debacie

Sprawozdanie, refleksje i wnioski artysty niezależnego, patrzącego mimo wszystko w przyszłość z nadzieją.

 

I. Na dobry początek

 

Z okazji Międzynarodowego Dnia Tańca, we wtorek 29 kwietnia w Nadbałtyckim Centrum Kultury odbyła się otwarta publiczna debata o tańcu. Zaproszenie otrzymali tancerze Opery Bałtyckiej oraz zespołów teatrów tańca współczesnego, choreografowie, pedagodzy, dyrektorzy instytucji kultury dziennikarze oraz przedstawiciele lokalnych władz. Do oficjalnego stołu dyskutantów zaproszeni zostali przedstawiciele Opery Bałtyckiej: Marek Weiss-Grzesiński, Jerzy Snakowski i Izadora Weiss, oraz demokratycznie wcześniej wybrani przedstawiciele niezależnego środowiska z kręgu tańca współczesnego i teatru tańca: Leszek Bzdyl (Teatr Dada von Bzdülöw), Katarzyna Julia Pastuszak (Teatr Amareya, reprezentująca również Klub Żak), Bożena Eltermann (Teatr Cynada) oraz pisząca te słowa Joanna Czajkowska (Teatr Okazjonalny, Sopocka Scena Off de BICZ). Głos w debacie mógł zabrać jednak każdy, kto miał na to ochotę i czuł potrzebę. Rozmowę prowadził Tomasz Olszewski.

 

Z założenia spotkanie miało służyć przeanalizowaniu stanu faktycznego aktualnej formy sztuki tańca w Trójmieście i być może wspólnemu zastanowieniu się, a może nawet poszukaniu rozwiązań, jak przywrócić blask i nie tak dawną świetną kondycję tej sztuki w naszym rejonie.

 

Według programu przygotowanego przez organizatorów, miłośnicy tańca mieli poruszać m.in. problem harmonijnego współistnienia na scenie tańca klasycznego i współczesnego, omówić zmiany w profilu gdańskiego baletu, pojęcie amatorstwa w tańcu, a także poszukać możliwości rozwoju tańca w naszym regionie oraz zwrócić uwagę urzędników na problemy finansowe i organizacyjne, z którymi borykają się choreografowie i tancerze.

 

II Z Górnego „C”, czyli o finansach na początek

 

Zaraz po oficjalnym powitaniu, zabrał głos dyrektor Departamentu Kultury i Sportu Urzędu Marszałkowskiego W. Zawistowski, który z przyczyn niezależnych nie mógł zostać do końca debaty. W swoim expose zaznaczył, że dla UM taniec stanowi zauważalną i wysoką wartość artystyczną, czego dowodem jest przyznanie w ostatnich dwóch latach Nagrody Teatralnej choreografom niezależnym (Jacek Krawczyk – Teatr Okazjonalny – 2005, oraz Leszek Bzdyl – Teatr Dada von Bzdulow – 2006), a także przyznawane rok rocznie stypendia artystyczne. Jak zaznaczył w tym roku, wśród świeżo przyznanych stypendiów, na projekty związane ze sztuką tańca, Urząd Marszałkowski przyznał 33.000 złote, co stanowi 10% całkowitej sumy przeznaczonej na stypendia.

 

I tu, pojawiają się pierwsze refleksje – przy najszczerszych chęciach rozmowy o sztuce w rzeczy samej, pojawia się mimowolnie temat jej finansowania.

 

A ponieważ w dobie kultury masowej, jakiemukolwiek artyście XXI wieku, nawet temu, który zajmuje się elitarną formą koncept artu, nie wystarcza samo kartezjuszowskie bycie poprzez myślenie, dyskusja na temat finansowania, wywołuje spore emocje. Tak też było i tym razem.

 

Prawdopodobnie kwota przyznana przez Urząd Marszałkowski w tym roku dla artystów z kręgu tańca, podzielona na ilość osób ubiegających się i uhonorowanych tym wyróżnieniem, wyniesie jakieś 3 – 5 tysięcy złotych na projekt.

 

Pozostaje zapytać, co można z takimi pieniędzmi zdziałać i skąd wziąć resztę, w momencie, gdy przeciętny, realny budżet małej produkcji tańca, bez zawyżania kwot, to jakieś 30.000 złotych? Mówiąc brutalnie: o tak zwane „jedno zero” więcej!

 

I czy aby owe 10% całej sumy, to rzeczywiście dużo? Taniec wydaje mi się, bowiem jedną z kilku, a nie z dziesięciu dziedzin (obok projektów literackich, muzycznych, z zakresu sztuk pięknych, teatru i filmu oraz sztuki ludowej naszego regionu – jeśli coś ominęłam, to nieświadomie), których przedstawiciele ubiegają się o dofinansowanie w postaci stypendiów. Biorąc pod uwagę fakt, że w Trójmieście nie ma jednej, profesjonalnej instytucji, która zajmowałaby się wyłącznie tańcem, co oznacza, że jego twórcy zmuszeni są do pracy „na własną rękę”, niezależnie, a mimo to osiągają wysokie rezultaty artystyczne, stanowić powinno moim zdaniem impuls do nagradzania tych najlepszych, w sposób chociaż odrobinę bardziej realny.

 

Rozmowa o tym „skąd brać resztę” i jak przetrwać, nie obniżając lotów artystycznych, odbyła się jednak znacznie później.

 

III O wyższości Świąt Bożego Narodzenia

 

Ponieważ inicjatorem spotkania był dyrektor Opery Bałtyckiej, który podjął się zmiany profilu zespołu baletowego Opery z klasyki w kierunku tańca współczesnego, środowisko tzw. niezależne, miało nadzieję, na dialog wykraczający poza ramy kurtuazji. Dialog, który w przyszłości mógłby zaowocować wspólnymi projektami, czy innego rodzaju współpracą. Okazało się jednak, że cel poznawczy musiał spełznąć na drugi, albo i trzeci plan, wobec ogromnego rozłamu w samym środowisku baletowym związanym zarówno z Operą Bałtycka, jak i gdańską Szkołą Baletową. Zebrani przedstawiciele tego środowiska z zapałem dowodzili wyższości Świąt Bożego Narodzenia (sztuka baletowa) nad świętami Wielkanocy (taniec współczesny), poddając kilkakrotnie w wątpliwość, czy w ogóle taniec współczesny, to sztuka przez duże „S”. Twórcom contemporary dance z kręgu poza instytucjonalnego przyszło, zatem bronić honoru tańca współczesnego, a co za tym idzie, pośrednio bronić działań formalno – artystycznych duetu Grzesiński / Weiss. Przydzielona nam rola obrońcy „barbarzyńców w ogrodzie baletu” była dla nas niemałym zaskoczeniem. „Barbarzyńcy” natomiast tłumaczyli swoją decyzję słabą kondycją zespołu baletowego, który nie był wstanie realizować repertuaru klasycznego. Wobec takiej niemożności, rozsądnym wyjściem według nowej dyrekcji wydała się próba przeprowadzenia zmiany profilu placówki. Co także nie jest łatwym zadaniem, albowiem zespół ten słabo tańczył klasykę, ale równie słabo tańczył repertuar współczesny. To, co wcześniej widywaliśmy w Operze Bałtyckiej było raczej demi-klasyką lub neo-klasyką, nie zaś tańcem modern lub tym bardziej contemporary. Izadora Weiss wraz z Romanem Komassą wzięli na siebie zatem zadanie nie łatwe. Planują także w przyszłości prowadzenie warsztatów, mających na celu kształtowanie młodych tancerzy zgodnie z nowym profilem zespołu. Miłośnikom tańca jako takiego, na razie przypada jedynie trzymać kciuki za powodzenie tej operacji.

 

Warto tu zaznaczyć, że w czasie burzliwej dyskusji, nikt z zebranych nie kwestionował znaczenia baletu jako formy sztuki, a tym bardziej znaczenia nauki techniki tańca klasycznego w procesie edukacyjnym młodych tancerzy.

 

A wniosków płynących z dyskusji było kilka, po pierwsze powinna nastąpić reforma szkolnictwa baletowego w Polsce tak, by absolwenci tych szkół byli wstanie zatańczyć zarówno klasykę – na świetnym poziomie, jak i przynajmniej na poziomie średnio zaawansowanym taniec współczesny. Większa wszechstronność absolwentów tych szkół pozwoliłaby im na znalezienie pracy lub podjęcie dowolnie wybranych studiów tanecznych zarówno w Polsce, jak i za granicą.

 

Przydałyby się także większe kwoty dotacji z urzędu lub od sponsorów, dzięki którym zespół Opery Bałtyckiej mógłby realizować widowiska z dużym rozmachem. Temat sponsorowania (a raczej jego braku) powrócił jak bumerang przy omawianiu działalności choreografów działających poza nurtem instytucjonalnym. Ostatni zaś wniosek z tej części debaty to taki, że czas na wystawianie ocen, czy reforma w Operze Bałtyckiej była słusznym posunięciem, przyjdzie za chwilę. Na razie jest za wcześnie, żeby osądzać, czy taniec na pointach czy też zupełnie bez nich jest lepszy lub gorszy, tylko i wyłącznie z samej definicji. Z każdą kolejną premierą będziemy, jako widzowie mieli jasność, czy artyści Opery Bałtyckiej tańczą tak, jak na taką instytucję przystało – perfekcyjnie, pięknie, ale też i mądrze.

 

To, co zasmuciło mnie, jako choreografa osadzonego w contemporary dance, to niestety ciągłe niezrozumienie znaczenia tańca współczesnego i brak akceptacji tej sztuki przez konserwatywne środowisko baletowe. Co dziwi tym bardziej, że wszyscy pracujemy tu w Gdańsku, gdzie tworzyła Janina Jarzynówka – Sobczak, o której znakomita historyk tańca Janina Pudełek pisała tak: „Na monotonnym, klasyczno-charakterystyczno-radzieckim tle repertuaru innych scen tego okresu Jarzynówna, uczennica pedagogów z kręgu niemieckiego tańca ekspresjonistycznego, absolwentka studiów aktorskich, tworzyła dzieła nowe, bardzo indywidualne w swoim kształcie formalnym, a bliskie w swej treści emocjonalnej i fabularnej ówczesnym ludzkim problemom”.

 

Po trwającej półtorej godziny rozważaniach nad powinnościami i rewolucjami w Operze, usłyszeliśmy wreszcie, od zwolenników baletu, że taniec współczesny „może sobie być” tylko nie w Operze, niech sobie będzie „gdzieś indziej”.

 

Ha! Dobre stwierdzenie tylko gdzie? Można by refleksyjnie zapytać.

 

IV Gdzie i jak, czyli jak przetrwać i nie obniżyć lotów będąc „artystą wielkanocnym”.

 

Przedstawiciele niezależnego środowiska tanecznego musieli wspiąć się na wyżyny intelektu i przebiegłości, by podjąć skuteczną próbę zwrócenia biegu debaty na to, co dla nas najważniejsze, czyli na próbę znalezienia rozwiązań formalno – finansowych, by taniec współczesny w Trójmieście odzyskał dawny blask. O ile w przypadku nowego profilu sceny w OB, jej wartość artystyczna i rozpoznawalny styl zespołu dopiero się formują i nadal stanową w pewnym sensie zagadkę, to w przypadku niezależnych twórców związanych ze sceną teatru tańca w Trójmieście, sprawa jest prosta. Lista osiągnięć jest tak długa, że właściwie nie wiadomo, od czego by tu zacząć. We właśnie świeżo wznowionym kwartalniku TANIEC, możemy zobaczyć wypis wybranych premier tańca w sezonie 2006/2007. Znalazły się tam premiery aż czterech zespołów z Trójmiasta, co z resztą jak wiadomo, stanowi tylko część pomorskiego potencjału. Teatr Dada von Bzdulow, Teatr Okazjonalny / Occasion Dance Theatre, Kino Variatino, Good Girl Killer, Amareya, Teatr Patrz Mi Na Usta / Read My Lips Theatre, Cynada i pozostałe zespoły nie bez kozery mają dwujęzyczne lub obco brzmiące nazwy. To ogromny i wykorzystywany potencjał reprezentacyjny naszego województwa i miast, a także setki wspaniałych recenzji, nagród i wyróżnień. Z osiągnięciami tymi z resztą nikt z zebranych (oprócz zwolenników „Bożego Narodzenia”) nie dyskutował.

 

Mamy też w Trójmieście dwie instytucje wspierające na co dzień, w ramach swych możliwości taniec i rodzimych choreografów, czyli gdański Klub Żak i Sopocką Scenę Off de BICZ. Jest też kilka innych, które również starają się wesprzeć ten rodzaj działalności. Istnieje Nadbałtyckie Centrum Kultury, które od niedawna zainicjowało stronę internetową, zbierającą informacje o wszystkich Trójmiejskich artystach tej dziedziny i ich osiągnięciach.

 

Trzeba tu także wspomnieć o pomorskich mediach, które od dawna zauważają i doceniają fenomen trójmiejskich teatrów tańca.

 

A zatem, czy jest dobrze? Czy mogłoby być jednak dużo lepiej?

 

I jak można pomóc?

 

Jak zauważono w trakcie dyskusji, artyści z całym ich talentem i tytaniczną pracą w wymiarze godzinowym na co najmniej kilka etatów, bo zmuszeni do samodzielnego funkcjonowania, oznaczającego samodzielne wykonywanie obowiązków menadżera, producenta, organizatora, kierownika literackiego, specjalisty PR i wreszcie choreografa i tancerza, osiągnęli wiele, ale też doszli do momentu, gdy niezbędna jest pomoc z zewnątrz. Pomoc w postaci profesjonalnego zaplecza i dofinansowania tych działań, w perspektywie rozwoju – programu 3 letniego, po to, by taniec w Trójmieście zaczął funkcjonować nie tylko artystycznie, ale i organizacyjnie na europejskim poziomie.

 

Podstawowy problem naszego środowiska, to brak pieniędzy i placówki, której głównym i jedynym zadaniem byłoby wspieranie rozwoju naszej sztuki i jej promowanie czyli profesjonalnego Instytutu Tańca. To z resztą problem ogólnopolski. Jesteśmy jednym z ostatnich krajów w Europie, w którym nie ma instytucji na kształt Narodowego Centrum Tańca i ani jednego profesjonalnego Centrum Tańca. Nie ma też systemu wpierającego działalność choreografów.

 

Trójmiasto, czy Gdańsk, jako miejsce, w którym istnieje silna tradycja (od wspomnianej już Jarzynówny – Sobczak, przez Teatr Ekspresji, Gdański Teatr Tańca i festiwale takie jak Bałtycki Uniwersytet Tańca, Dance Explosions i Festiwal Improwizacji Tańca, czy Dni Pięknego Towarzystwa po działalność wszystkich wyżej wymienionych teatrów, a także choreografów i tancerzy niezależnych) mogłoby podjąć się takiego wyzwania. Wystarczy tylko, lub też „aż” jasna wizja takiego centrum i odwaga, by podjąć to wyzwanie. No i finanse. Podobno w tym roku na kulturę w naszym województwie przeznaczono 84 mln zł

 

W czasie debaty padło kilka propozycji jak rozdzielać istniejący budżet oraz jak szukać innych źródeł finansowania, by przetrwać i rozwijać się: od prób pozyskiwania dodatkowych finansów z projektów składanych do MKiDN, z projektów i funduszów europejskich, poprzez metodę a la Robin Hood, aż do zdobywania sponsorów i mecenasów. Jak wiemy, żadna z powyższych metod nie gwarantuje finalnego sukcesu, natomiast największe wzburzenie wywołała metoda rycerza z lasu Sherwood, co dziwi mnie trochę, bo choć może się ona kojarzyć bajkowo, to z bajką nie ma nic wspólnego. Za normę w Europie uważa się monitorowanie działalności wszelkich instytucji, w tym instytucji kultury i mówiąc brzydko „rozliczanie” ich z osiągnięć, a co za tym idzie odpowiednio wyższa lub niższa gratyfikacja finansowa w następnym sezonie. Co do szukania sponsora, jak zauważył Marek Weiss – Grzesiński, do póki polskie prawo nie wesprze firm sponsorujących odpowiednimi ulgami wynikającymi z przepisów, marzenie o znalezieniu mecenasa na działalność stricte artystyczną, pozostanie marzeniem, zwłaszcza dla tak elitarnej sztuki jaką jest taniec współczesny.

 

Najbardziej stabilnym źródłem finansowania działań artystycznych jest zatem stała dotacja z urzędu. By taką zdobyć, należałoby powołać właśnie nową instytucję. Gdy ma się nawet nie milionową, ale stałą bazę w postaci takiej dotacji, można myśleć spokojnie o przyszłości, zatrudnić zawodowych menadżerów, którzy by zdobywali dodatkowe granty na realizacje projektów.

 

Obie zainteresowane strony dialogu – zarówno artyści, jak i (co najważniejsze) dyrektorzy Departamentów Kultury Urzędu Miasta Gdańska i Urzędu Marszałkowskiego zgodzili się z tym, że istnieje silna potrzeba zmiany w finansowaniu tańca, że dla wspólnego dobra i rozwoju potrzebujemy nowych sposobów funkcjonowania.

 

Nie znaleziono jednak w czasie debaty wspólnego, zadowalającego wszystkich rozwiązania.

 

W jaki zatem sposób Województwo Pomorskie mogłoby stać się właścicielem pierwszego Centrum Tańca w Polsce?

 

Artyści z mocnym poparciem Lidii Makowskiej (menadżer kultury) optowali za stricte profesjonalnym rozwiązaniem, czyli za powołaniem nowej instytucji kultury.

 

Anna Czekanowicz zaś z uwagi na ograniczenia finansowe pomorskiego i gdańskiego budżetu proponowała pośrednie rozwiązania – ubieganie się o finansowanie tanecznych działań na zasadzie projektowej poprzez pracę Stowarzyszenia.

 

Jak wiemy, z Ustawy o Prawach Stowarzyszenia, „stowarzyszenie jest dobrowolnym, trwałym i samorządnym zrzeszeniem o celach niezarobkowych, które samodzielnie określa swoje cele, programy działania i struktury organizacyjne oraz uchwala akty wewnętrzne dotyczące jego działalności, opierając ją na pracy społecznej członków”. A wśród intencji ustawodawcy do powołania Prawa o Stowarzyszeniach, było m.in. „umożliwienie obywatelom równego, bez względu na przekonania, prawa do czynnego uczestniczenia w życiu publicznym oraz realizacji indywidualnych zainteresowań”.

 

I tu właśnie prawdopodobnie zasadza się radykalna różnica w pomyśle na realizację tak potrzebnych i popieranych przez obie strony dialogu zmian.

 

Urzędnicy chcą nam pomóc w „realizacji naszych indywidualnych zainteresowań”, artyści, zmęczeni wieloletnią walką „o własne zainteresowania” i ze światowymi sukcesami na koncie, potrzebują profesjonalnego wsparcia, na które władze nie są gotowe.

 

Co robić wobec tak różnych dwóch konceptów na przyszłość?

 

Osobiście mam nadzieję, że władze nie są jeszcze gotowe na proponowane przez nas rozwiązanie, a owo rozwiązanie zmaterializuje się w przyszłości nawet, jeśli miałoby nastąpić dzięki długoterminowej współpracy i otwartości obu stron, czyli tak zwanej metodzie małych kroków.

 

W czasie wtorkowej debaty nie padło żadne rozwiązanie. Rozstaliśmy się jednak w nastrojach pozytywnych. Stało się bowiem, tego dnia coś bardzo ważnego – spotkały się ze sobą i rozmawiały do bólu szczerze trzy światy – artyści, przedstawiciele instytucji kultury – scen repertuarowych (Opera Bałtycka, Teatr Muzyczny) oraz urzędnicy. Stawienie się przedstawicieli z wszystkich tych trzech światów wróży dobrze na przyszłość. I tego się trzymajmy!


04.05.2008

Joanna Czajkowska, Teatr Okazjonalny / Occasion Dance Theatre

Materiał nadesłany, 05-05-2008

 

www.e-teatr.pl