Opus Pessimum

Nigdy nie mów, że mnie kochasz… urzędniku!

Leszek Bzdyl


„Opus pessimum, czyli nigdy nie mów, że mnie kochasz” to kolejny projekt Leszka Bzdyla dotykający tematu artystycznej wolności i roli państwa w rozwoju kultury.

 

 

To, że państwo musi wspierać kulturę, nie budzi wątpliwości. Konsekwencje w prywatyzowaniu sztuki zawsze bowiem prowadzą do jednego, jej nieuchronnej degradacji w kierunku gustów i potrzeb publiczności masowej. Tam gdzie idzie o zysk, kulturę zastępuje rozrywka i na szczęście powoli zaczynamy zdawać sobie z tego sprawę.

 

Najnowszy projekt Leszka Bzdyla to kolejny głos podejmujący temat zależności kultury i władzy i jest to chyba jego największa zaleta. Spektakl otwiera obrazek rodem z amerykańskiego teledysku: na scenie artysta ubrany w zgrzebny garnitur i błyszczący kapelusz wykonuje dyskotekowe podrygi rodem z popularnych programów tanecznych.

 

Po zakończeniu „występu” podchodzi do mikrofonu, by złożyć gorące podziękowanie prezydentowi Gdyni i Gdańska oraz marszałkowi za liczne nagrody artystyczne i teatralne, jakie otrzymał w swojej 20-letniej karierze teatralnej.

 

Cięcie. I kolejny występ. Tym razem imponujący popis baletowy. Taniec klasyczny jako rozrywkowy przerywnik? Czemu nie? W powodzi podziękowań, wzruszeń, a nawet modlitwy dziękczynnej za to, jak dobrze jest być artystą we współczesnym świecie, jedna refleksja nasuwa się automatycznie – jak dobrze jednak nim nie być…

Justyna Świerczyńska

 

 

 

 

Rozmowa z Leszkiem Bzdylem o jego jego stosunku do urzędników odpowiedzialnych za kulturę w Trójmieście i poza nim.

 

Znany jesteś ze swojego radykalizmu wobec polityki, szczególnie kulturalnej, w Polsce. Jaki powinien być twoim zdaniem teatr polityczny? Jakie cele powinien sobie wyznaczać?

 

Rozmaicie można myśleć o teatrze politycznym (teatr jako interwencja, jako bunt, jako relacja). Często pod tą nazwą kryje się wyłącznie kalka informacji medialnych. W efekcie wypowiedzi polityczne w polskim teatrze sprowadzają się do kabaretu figur wydobytych z brukowców. Mnie interesuje teatr polityczny, w którym głównym motorem jest energia wolności. Taki spektakl staraliśmy się zrobić realizując „Barykady miłości”. „Opus pessimum” jest projektem solowym, w którym trudniej jest wydobyć tak duży ładunek witalności, jest za to dużo odważniejszy i dużo bardziej narażający mnie.

 

Sytuacjoniści i rewolta majowa 1968, była efektem pewnej frustracji wynikającej z trudnej sytuacji kulturalno-politycznej. Czy współczesna diagnoza stanu kultury na Pomorzu jest, twoim zdaniem, tak samo zła?

 

Dla mnie jest to pewne apogeum, które narasta od niemal dwóch lat, od roku natomiast jest to umękliwe wypowiadanie się „po kątach”, bo nie ma nawet z kim rozmawiać. Nie ma porozumienia na linii artysta-władza, więc stworzyłem „Opus Pessimum” jako wypowiedz na temat opłakanego stanu kultury. Jest to komunikat nie tyle do władz, co do publiczności, która wydaje się nieświadoma absurdu, w jakim muszą funkcjonować artyści.

 

Na czym polega ten absurd?

 

Mamy w Trójmieście kilka instytucji kultury. Jest ich niewiele, jak na miasta aspirujące do miana metropolii. Na domiar złego instytucje te nie potrafią, lub nie chcą, ze sobą współpracować. Jeśli prezydenci trzech miast oraz podlegające im instytucje walczą ze sobą, prowadzą chorą rywalizację, to tracą na tym wszyscy. Nie ma przyszłościowego myślenia o rozwoju kultury. Za grube pieniądze sprowadza się gwiazdy na festiwale, nie inwestując w rozwój rodzimej sztuki. Absurd polega na tym, że nie ma z kim rozmawiać, a artyści zmuszeni są uczestniczyć w strategii przetrwania – od grantu, do grantu – bez jasnej wizji przyszłości.

Czy widzisz jakieś rozwiązanie tej sytuacji?

 

Państwo, zamiast trwonić pieniądze na granty i stypendia, mogłoby powołać instytucję, gdzie pracowałoby kilku menedżerów zajmujących się pozyskiwaniem funduszy z zewnątrz. Jeśli nie ma możliwości zbudowania nowego miejsca, to można postarać się lekko zreformować istniejące instytucje. Sytuacja obecna jest tragiczna. Jest to powolne wykańczanie artystów, przy jednoczesnym braku kształtowania nowych pokoleń. Kto tu za kilka lat zostanie? Kto będzie tworzył? Ilu artystów już wyjechało? Nie mówię tylko o tancerzach, mam na myśli muzyków, plastyków, naukowców. Ci ludzie wyjeżdżają, bo tu nie mają szans rozwoju, lub wręcz szans na przetrwanie.

 

Która z istniejących instytucji mogłaby podjąć współpracę z tancerzami niezależnymi?

 

Mogłaby to być Opera, ale musi stać się to dla niej w jakiś sposób atrakcyjne. Istnieje Żak, który nadaje się do tego najlepiej. Niestety dyrektor tej instytucji powiedziała mi wyraźnie, przy kolejnej próbie porozumienia, iż taniec nie będzie priorytetem dla Żaka. To mnie zastanawia, bo początkowo Magda Renk z wielkim entuzjazmem zaprosiła nas do siebie. Było to po nagrodzie miasta, w sytuacji gdy wnosiliśmy do klubu dodatkowe pieniądze i przyprowadzaliśmy ze sobą publiczność, która towarzyszyła nam jeszcze od czasów Bałtyckiego Uniwersytetu Tańca. To oznacza, że jest jakiś potężny błąd w systemie.

 

Czy domyślasz się na czym może ten błąd polegać?

 

Polega on na tym, iż wszystko w polityce dzieje się bezimiennie. Nie ma odpowiedzialności osobistej, jest odpowiedzialność partyjna, a ta oznacza bezkarność urzędników i możliwość nadużyć. Czy ktoś zna z imienia i nazwiska osoby przyznające stanowiska i stypendia? Wiadomo, że jest jakaś komisja, ale czy jej członkowie kiedykolwiek się objawili? Błąd systemu polega na anonimowości i na tym, że nie ma kogo rozliczać.

Co w takiej sytuacji mogą zrobić artyści?

 

Chciałbym, by doszło do spotkania w gronie artystów. By artyści głośno wypowiedzieli się na temat sytuacji, w jakiej przyszło im żyć. Niestety, sytuacja każe im walczyć o przetrwanie, wobec czego nie maja oni siły i czasu na to, by podnieść głos. Może brak im też odwagi, gdyż gra polityczna jest przeciągana miedzy nigdy nie zrealizowaną nadzieją, że coś się zmieni na lepsze, a groźbą że może być jeszcze gorzej. Odwagę miał Paweł Demirski i może dlatego go tu nie ma. Miał też Jacek Staniszewski, który swoim nonkonformistycznym stylem bycia i życia pokazał, że artysta w pewnym momencie musi mieć odwagę oddać swój głos. W Polsce niestety urzędnik wciąż dzierży władzę, a nie jest partnerem do rozmów z artystami. Nigdy nie chciałem łatwych pieniędzy, ale nie spodziewałem się, że mogą one być tak trudne.

 

Rozmawiała Alicja Mańkowska

Portal regionalny trojmiasto.pl

http://kultura.trojmiasto.pl/Nigdy-nie-mow-ze-mnie-kochasz-urzedniku-n29377.html