Faktor T, Witold Mrozek

„Faktor T” z Kultura Enter/ Miesięcznik wymiany idei/ Witold Mrozek

2008-12-11

kultura enter, miesięcznik wymiany idei, grudzień 2008 nr 5 (www.kulturaenter.pl)

 

W filmie Przygoda człowieka poczciwego (1938) jest słynny moment, kiedy to w lustrze szafy widzimy jego autorów – Franciszkę i Stefana Themersonów, pochłoniętych pracą nad dziełem. Jak pisze Anna Taszycka(1), jest to jeden z elementów wskazujących na autotematyczny charakter Przygody… Odsłania ona proces konstruowania dzieła sztuki, „demaskując” obecność twórcy i analizując możliwości filmowego medium – co typowe jest dla modernistycznej awangardy. Właśnie proces konstruowania przedstawienia teatralnego, analiza relacji scena-widownia, aktor-widz, jest celem Teatru Dada von Bzdülow. Brak tu przesadnie wyrazistych odniesień do twórczości Themersona, sama jednak strategia artystyczna – i, jak określiła to w czasie spotkania z artystami Joanna Szymajda, nastrój „filozoficznej groteski” – stawia Teatr Dada blisko postaci niezwykłego polskiego awangardysty. Widzowie zastają artystów na widowni, ustawionej w prostokąt okalający scenę krzesłami. Z założenia wszyscy powinni siedzieć blisko – ze względu na liczną publiczność lubelskiego festiwalu trzeba było niestety odstąpić od tej reguły. Na każdym boku prostokąta siedzi jeden z wykonawców. Spektakl dzieli się na wyraźnie rozgraniczone części. Po przywitaniu widzów pytaniem „Czy ktoś ważny jest na sali?” i wywołaniem kilku wzbudzających z reguły śmiech nazwisk – parlamentarzystów, krytyków teatralnych, znanych lokalnych artystów itp. – wykonawcy wyszukują na własną rękę „VIP-ów” wśród publiczności, w sposób dość arbitralny przemieszczając widzów między zajętymi przez nich wcześniej miejscami. Gdy utworzą w ten sposób swoistą lożę „ważnych postaci”, wyposażają ją – ku zdziwieniu wszystkich – w pokaźnych rozmiarów kuchenne noże. Zaczyna robić się trochę niebezpiecznie. Teatr jawi się jako miejsce swoistej przemocy, gdzie działają – również wśród widzów – rozmaite hierarchie i ukryte mechanizmy. Ktoś – na łamach ogólnopolskiego fachowego czasopisma może doprawić skutecznie „gębę” grupie artystów, ktoś inny – nie przyznać dotacji, jeszcze ktoś inny: tylko głośno kichać bądź hałasować przy użyciu telefonu komórkowego, albo też znacząco wyjść w trakcie. Obie strony, zhierarchizowana publiczność i artyści – skazane są na interakcję; obie też muszą liczyć się z tym, że – jak pisze Erika Fischer-Lichte – w każdej chwili dojść może w teatrze do swoistej zamiany ról(2). Dada realizuje to bardzo dosłownie, angażując widownię bezpośrednio w sceniczne działania, nawet wchodząc jej na kolana czy przebiegając nago tuż przed jej nosami – co prawda w ciemności. Czy jednak podane wyżej przykłady nie kierują naszej wyobraźni w stronę bardziej „codziennych” możliwości „zamiany ról” w tej szczególnej, współdzielonej przestrzeni teatru?

 

Gdy noże są już rozdane, następuje długa sekwencja pełnych akcentowanego przez wykonawców wysiłku improwizacji w kontakcie między tancerzami, gdzie – jak rewelacyjny w tym spektaklu Rafał Dziemidok – wykorzystują oni swą cielesną specyfikę. Druga zaś połowa spektaklu mija pod znakiem wspomnianej wyżej groteski, graniczącej z totalnym absurdem. Pojawiają się wieczorowe stroje – jak z Dwudziestolecia – i kapiące na podłogę olbrzymie bryły lodu, Leszek Bzdyl przerażony wizją niszczącego życie na naszej planecie dwutlenku węgla, biegający wśród widzów; wyfraczony, jednocześnie czarujący i nieco straszny Dziemidok, z dezynwolturą recytujący w przesadnie perfekcyjnej angielszczyźnie Dekalog; Katarzyna Chmielewska i amerykański gość – Bethany Formica – uwodzą publiczność w coraz to bardziej powalających kreacjach nasuwających na myśl tzw. „złoty wiek kina” i ówczesne „wampy”… Percepcja widza rozpada się między te ogniska zdarzeń, nie sposób ogarnąć ich wzrokiem i uwagą jednocześnie, co jest kolejnym sposobem na zmuszenie odbiorcy do aktywności w proponowanej grze. Nie sposób oczekiwać tu danych z góry sensów, informacji – jak pisał o postdramatycznym teatrze Lehmann, mamy tu do czynienia bardziej z „procesem, niż rezultatem”, bardziej z „dzielonym” (między artystów i publiczność) niż „pokazywanym” z wysokości sceny doświadczeniem(3). Narzucanie wszystkim tym grom z publicznością (wyraźnie właśnie jako gry zaakcentowanym) sensów z wypowiedzi zawartej w programie – historii o tragizmie, popędach etc. – byłoby zbrodnią porównywalną z użyciem rozdawanych przez Dadę noży. I bardzo dobrze – dość spektakli całkowicie wyczerpujących swą wymowę w tym, co zawarto na dołączonej kartce.

 

(1) A. Taszycka, Surfikcja „Przygody człowieka poczciwego” Franciszki i Stefana Themersonów, „Kwartalnik Filmowy” 2007, nr 57-58

(2) E. Fischer-Lichte, Estetyka performatywności, przeł. M. Borowski i M. Sugiera, Kraków 2008, s. 61-80.

(3) H. T. Lehmann, Teatr postdramatyczny, przeł. D. Sajewska, M. Sugiera, Kraków 2001, s. 132.